sobota, 30 lipca 2016

Jastrzębie - Rozdział 07.



Piwa nie ruszyłam, przez co nie mogłam spokojnie zasnąć. Gapiłam się w gołe okno i zarys drabiny na jego tle.

Zanim poznałam Wiktora, był pewien chłopak, ale to wydawało się tak dawno. Miałam szesnaście lat, a on był o rok starszy ode mnie. Gdy tak o nim myślałam, nie potrafiłam nawet przypomnieć sobie jego twarzy i imienia. Pamiętam tylko, że był blondynem i przyjaźniłam się z jego siostrą. Tylko to zostało mi po nim w pamięci. Kiedy próbuję się skupić i nie sięgać tak daleko wstecz, udaje mi uchwycić twarz Wiktora, lecz szybko się ona rozmywa i po chwili widzę już tylko jasną plamę. Biel i smród szpitala, a potem inna biel, bardziej złamana. Poszarzała biel prześcieradła.

Teraz żałowałam, że po jego śmierci pozbyłam się prawie wszystkich rzeczy z nim związanych. Załamanie wpędziło mnie w czarną otchłań. Nierozpoznawana przez własne dziecko, krytykowana przez matkę, która obwiniała mnie nawet i o jego śmierć, straciłam szacunek do samej siebie i nawet nie przechodziłam żałoby. Wydawało mi się, że będę w stanie przetrwać ją na swój własny sposób, ale tylko się oszukiwałam. Znajdując namiastkę ukojenia w obcych ramionach, wmawiałam sobie, że dam radę normalnie żyć dalej. Moje dziecko miało należytą opiekę i być może kiedyś wybaczy mi błędy, ale czy ja wybaczę sobie? Jestem słaba i żałosna. W dodatku zaczynam za dużo myśleć o Młodym...

Nie wytrzymuję. Podrywam się z łóżka i po ciemku drepczę do lodówki. Wyciągam piwo i siadam na podłodze. Zanim je wypijam, wyję przez około pół godziny, a potem wracam i zasypiam przy włączonym telewizorze.

...

Hej, Śpioszku.

„Nie no... To się robi zbyt miłe" – myślę sobie i mam ochotę pisnąć z radości na całą kamienicę.

Około dziesiątej, kiedy jestem w trakcie szykowania ubrania do pracy, dostaję drugi SMS, tym razem od Kaśki.

Cześć. Mam dobrą wiadomość. Prawdopodobnie znalazłam dla nas nowe zajęcie, ale o tym pogadamy w pracy.

Nowe zajęcie?

– Szybko się uwinęła – prycham pod nosem.

Póki co, też o tym myślałam, ale w ostateczności, ponieważ wolałabym jednak zostać u Jastrzębia. Zżerała mnie ciekawość, jak Ilona wytłumaczy wczorajszą sytuację.

Jastrzębie - Rozdział 06.



Następnego dnia około południa do sklepu wpadła rozwścieczona Ilona, przerywając mnie i Kaśce dosyć żywiołową rozmowę na temat facetów. „Szefowa" burcząc pod nosem, szarpała się z szufladą pod ladą, z której po chwili wyciągnęła jakieś papiery, a następnie pognała z nimi na zaplecze. Dobre kilka minut później zjawił się Emil, który dla odmiany uśmiechał się uprzejmie, ale od razu wyczułam, że to była zasłona. Nie miałyśmy pojęcia, co się dzieje, ponieważ za nim wparowało również dwóch facetów, przy czym jeden miał przy sobie teczkę i wyglądał jak jakiś urzędowy cwaniak, a drugi wydawał się znajomy i chyba raz go widziałam u nas w sklepie. Wysoki, elegancki, ale trochę blady i albo był chory, albo miał po prostu kaca, gdyż spojrzawszy na mnie przelotnie, idąc za urzędasem, zostawił za sobą dziwną woń podobną do alkoholu. Trzeba było jednak przyznać, że jak na takiego dziadka, to nadal był niczego sobie...

„Co kurwa? – pisnęło mi pod czaszką, na co szybko zamrugałam ze zdziwienia. Obaj podeszli do lady, za którą po chwili pojawił się Emil.

– Dziewczyny, zabierzecie swoje rzeczy. Dziś macie wolne, zamykamy – oznajmił chłodno i już bez uśmiechu.

...
– A ja ci mówię, że niedługo zamkną ten salon m o d y. – Ostanie słowo, Kaśka wypowiedziała z lekką ironią.

– Cholera, niedobrze. Lepiej nie kracz, bo gdzie ja znajdę taką pracę? – Załamałam się.

– Na zasiłek nie możesz iść? – zapytała od niechcenia.

– Nie mam odpowiedniego statusu, to znaczy jeszcze mi nie przysługuje – odparłam.

Nawet jeśli byłoby inaczej, to i tak zasiłek mnie nie ratował. Musiałam zacząć rozglądać się za pracą, tak na wszelki wypadek, gdyby czarnowidztwo Kaśki się potwierdziło.

Szłyśmy deptakiem, zatrzymując się co chwilę przy wystawach u „konkurencji" i nagle dotarło do mnie, w jak gównianej sytuacji się znalazłam. Już majaczył mi w głowie ironiczny i pełen wyrzutów głos matki. „W końcu zabiorą ci tego małego „dałna" ty kretynko". „Z mieszkania też niedługo cię wywalą, bo niby skąd weźmiesz pieniądze na spłacenie długów? Niech ci się nie wydaje, że przyjdziesz z tymi brudami do mnie, paskudne nasienie."

Mojej matce potrzebny był odwyk i dobry psychiatra. Jak tak dalej pójdzie, to i mnie także.

Przeszłam z Kaśką koło ratusza, a potem skręciłyśmy w boczną ulicę w stronę butików. Już z daleka rozpoznałam stojący na poboczu samochód. W środku siedział Młody, a za kierownicą jego starszy brat. Młody rzucił mi krótkie spojrzenie, ale po chwili udał, że mnie w ogóle nie widzi. Zerknęłam na brata, który dla odmiany gapił się na mnie, jakby chciał zahipnotyzować.

– Widzisz to auto? – mruknęłam cicho do Kaśki, która akurat teraz musiała grzebać w telefonie.

Na moje słowa podniosła głowę i kiedy je minęliśmy, zerknęła przez ramię.

– To Jacek, młodszy brat męża szefowej. Tak, wiem, ma wypasione auto, ale zapomnij – wypaliła tajemniczo.

– Znasz go?

– Hmmm... Właściwie, to nasze matki dobrze się znają, dlatego załatwiłam sobie tę pracę – wyjaśniła.

„No proszę was, dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję?" – zawyłam w myślach.

– Dlaczego powiedziałaś... z a p o m n i j?

– Jacek podobno zwija swój warsztat i wraca na wieś. – Westchnęła ciężko. – Ojciec, ten wysoki i elegancki co przyszedł dziś z tym drugim, podobno przepisał na niego stary dom wraz z ziemią i całym gospodarstwem. No więc sama rozumiesz...

– To był ojciec Jastrzębi? – Zdziwiłam się. – To oni pochodzą ze wsi? A gdzie konkretnie mieszkali? – Złapałam się na tym, że brzmiałam jakoś desperacko, bombardując ją tymi pytaniami.

środa, 27 lipca 2016

Jastrzębie - Rozdział 05.


 

Nie mogłam doczekać się weekendu. Postanowiłam, że nie pójdę do „Cegły", jak ostatnio z której udaliśmy się potem na parapetówkę do Emila i Ilony. Nie chciałam widzieć tych samych ludzi, nie chciałam też, żeby i oni mnie widzieli. A może wskoczę tylko do pubu, pogadam z nieznajomymi, wypiję kilka piw i to mi wystarczy? Nie uśmiechało mi się tracić zbyt dużo pieniędzy. Na szczęście nie musiałam wydawać ich na naprawę lodówki, bo jak się okazało, Kaśka miała rację i ta po rozmrożeniu działa jak dawniej.

Czas w pracy ciągnął się niemiłosiernie. Sprzedałyśmy dwie rzeczy i miałyśmy jeden zwrot. Gdyby nie on, może zostawiłabym tę sprawę. Oczywiście nie chciałam wdrażać w to Kaśki, bo ta gotowa jeszcze była iść do Ilony i mogła wszystko zepsuć.

Kiecka prawie za dwa koła. Czy kobiety przy kasie są naprawdę tak bezdennie głupie? Klientka twierdziła, że dopiero w domu zauważyła brak wszytego stanika. Czy ona w ogóle ją przymierzała i gdzie? Ten model też pierwszy raz widziałam na oczy. Materiał naprawdę był super. Lekki, zwiewny, nie gniótł się. Dół sukni był dwukolorowy i asymetryczny. Gołębia półprzeźroczysta szarość z połyskliwą bielą wyglądała bardzo elegancko. Niestety ktoś zapomniał nie tylko o wszyciu stanika, ale także o halce, ponieważ suknia podobno brzydko „przyklejała się do ciała".

Co ta Ilona sobie myślała? Że jest sprytna i otaczają ją same idiotki? Czy chciałam, czy nie, musiałam w jakiś „delikatny" sposób powiadomić o tym Emila. Zależało mi na tej pracy i nie mogłam jej stracić, a już z pewnością nie przez machlojki jego żony.

...

Po pracy poszłam do pizzerni, ponieważ nie chciało mi się samej w domu jeść kolacji. Z tyłu za wysokim oparciem, siedziało kilka osób i rozmawiało o jakiejś imprezie „U Basa". Dawno tam nie byłam, ale to dlatego, że przychodziło tam zbyt dużo gówniarstwa i puszczali tak samo gówniarską muzykę. W sumie byłaby to jakaś odmiana i zaczęłam nawet rozważać tę opcję. Plusem było to, że pewnie nie spotkałabym tam nikogo znajomego. Chyba.

Zawinęłam w serwetki dwa kawałki pizzy, których nie dałam rady zjeść i w drodze do domu kupiłam jeszcze dwa Dębowe mocne.

Już z daleka przed wejściem do mojej kamienicy zauważyłam opartą o ścianę „kozę" Młodego. "Więc jednak czegoś ode mnie chcesz?" – uśmiechnęłam się. Nie wiem dlaczego, ale jego widok podniósł mnie na duchu, choć wiedziałam, że będę miała przez niego same problemy. „Kto nie ryzykuje, ten nie żyje" – zanuciłam w myślach.

Kiedy mnie zobaczył, podniósł się na nogi, ale nie zdjął okularów, przez co nie byłam pewna wyrazu, jaki miał na twarzy. Wydawał się poważny, ale po chwili się wyszczerzył. Dzieciak jak nic.

– Co znowu? – zapytałam obojętnym głosem, opuszczając wzrok na swoje trampki.

– Hej... – przywitał się cicho.

Przed oczami wyskoczyły mi zdjęcia, które zrobił i te nieszczęsne filmiki. Teraz to ja straciłam pewność siebie. „Je zu, ile ty masz lat dziewczyno? Przestań natychmiast!" – zbeształam się w duchu.

– To w końcu mogę, czy nie, wpadać do ciebie? – zagaił, jak do koleżanki ze szkolnej ławki.

"Ale bezczelny smark, no wiecie co?" – Spojrzałam na niego, chcąc przekazać mu to wzrokowo, ale drażniły mnie te okulary.

– W jakim celu? Mamy jakieś wspólne tematy? – zapytałam nieco złośliwie, ale jakoś nie zrobiło to na nim wrażenia i odniosło całkiem odwrotny skutek, ponieważ ponownie się wyszczerzył.

– Zdziwiłabyś się, ile ich może być. – Zagiął mnie od razu.

– Mam rozumieć, że w tym celu chcesz mi się władować na chatę, tak? – założyłam ręce na piersi i torebka, w której miałam browar i pizzę, pod ich ciężarem zsunęła się z ramienia.

Podszedł jakby nigdy nic, poprawił ją i nagle uśmieszek z jego twarzy zniknął.

– Czekam prawie od godziny – mruknął z lekkim żalem.

wtorek, 26 lipca 2016

Jastrzębie - Rozdział 04.


 

Rano coś mi odbiło. Wyprostowałam włosy prostownicą, zrobiłam lekki makijaż i zamiast kiecki ubrałam biały top wiązany na szyi oraz czarne jeansy. Odstawiłam swoje ukochane szpilki i włożyłam trampki. Trochę dziwnie się czułam na płaskiej podeszwie, jakoś nisko i niezbyt pewnie, ale chciałam zrobić dobre wrażenie na nowej, która podobno była jeszcze praktykantką. To nie w porządku, że wcześniej jej nie poznałam.

„Kogo ty oszukujesz?" „Daj na luz i przyznaj się dla kogo się tak „hipsterujesz?" – zaszumiało mi w głowie.

– Oj, cicho bądź, bo będzie źle... – zaśpiewałam do lustra, po czym pociągnęłam usta błyszczykiem, chwyciłam okulary przeciwsłoneczne, torbę z laptopem i pogalopowałam do pracy.

...

Na miejscu spotkało mnie niemałe zdziwienie. Dziewczyna była młodziutka i naprawdę śliczna. Trochę niższa ode mnie, opalona długowłosa blondynka o dużych niebieskich oczach, ale za to ubrana jak na koncert galowy. „Z powodzeniem można było ją postawić na wystawie zamiast manekina" – przemknęło mi przez myśl. Miała na imię Kaśka i wydawała się dobra w „te" klocki. „Tak szefowo". „ Nie no... oczywiście szefowo". „Miłego dnia szefowo". Miałam nadzieję, że to wchodzenie w dupę Ilonie już na wstępie, nie będzie długo trwało.

...

– Miałam praktyki w modzie męskiej „U Artura", ale kierowniczka wylądowała w szpitalu i zrobiła się tam nieciekawa sytuacja – trajkotała Kaśka.

– Słyszałam. Podobno od opalania ma raka skóry czy coś. Znam jej córkę, chodziłyśmy razem do szkoły – powiedziałam, przy okazji przypominając sobie majową imprezę, na której Dagmara tańczyła na stole uchlana w trzy dupy, ku uciesze napalonych gości z blokowej siłowni. O tym, że potem ja zajęłam jej miejsce, nie ma co nawet wspominać.

– A ty, jak długo tu pracujesz? – zapytała dziewczęcym i przyjemnym głosem.

– Nawet nie pół roku – odpowiedziałam, łapiąc się na tym, że przy niej musiałam brzmieć jak zaspana w dodatku zachrypnięta trzydziestolatka.

Pokiwała głową, zamyślając się na chwilę.

– Mam wrażenie, że już gdzieś cię widziałam, to znaczy... w innej pracy. Nie robiłaś przypadkiem w pasmanterii na deptaku? – Łypnęła na mnie błękitnymi oczami.

– Nie, na pewno mnie z kimś pomyliłaś. Wcześniej pracowałam w szmateksie koło kantoru na wrocławskiej. Teraz jest tam...

– Aaaa... wiem, gdzie to jest – weszła mi w słowo. – Po tej strzelaninie zamknęli, ale teraz otworzyli go z powrotem i przenieśli tam sklep wędkarski.

– Właśnie. – Uśmiechnęłam się, słysząc, że dziewczyna jest tak zorientowana.

– Kupowałam tam kiedyś, a niedawno otworzyli na końcu deptaku nowy. Fajne mają tam ciuchy, ale trzeba przyjść wcześnie. No i nie leży wszystko na kupie, jak w tamtym, tylko elegancko na wieszakach i znam dziewczyny, które tam pracują. – Błysnęła zębami.

Trudno mi było uwierzyć, że ubierała się w ciuchy z „drugiej ręki" i po szybkiej ocenie jej stroju, przyznałam w duchu, że też będę musiała tam kiedyś zajrzeć.

– Nudy tu straszne... – Westchnęła i klapnęła na krzesło.

– Czasem są dni, kiedy w ogóle nie ma ludzi i nic się nie sprzedaje. Myślę sobie wtedy, że ten sklep to tylko jakaś przykrywka... – urwałam, gdy zadzwoniły dzwonki.

Do środka wlazła jakaś baba obładowana torbami i centralnie ruszyła na nas.

Jastrzębie - Rozdział 03.



Matka doprowadzała mnie do szału. Myślałam nawet o zmianie numeru telefonu, żeby nie truła mi dupy za każdym razem, kiedy miała na to ochotę. Była pierwsza w nocy, a jej się zebrało na wspomnienia. W dodatku porządnie pochlała i rozstała się ze swoim gachem. Co mnie to obchodziło?

Nie było jej, kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Nie raz dała mi dobitnie odczuć, że nie mogłam na nią liczyć. Zostawiła mnie. Nie... ona się mnie pozbyła. Mimo wszystko prócz Marcina była moją jedyną rodziną, a jej się niestety nie wybiera. Ktoś inny na moim miejscu dawno by się odciął od takiej matki, ale czy ja jestem lepsza? Tak jak ona czternaście lat temu zostawiła mnie na pastwę opiekuńczej placówki, tak samo ja wysłałam do niej swoje dziecko. Tyle że ja trafiając do Domu dziecka, byłam wówczas bardzo samodzielna. Miałam dziesięć lat, a mój Marcin dopiero cztery. Zamknął się nie tylko na mnie, ale też na cały świat. Nie potrafiłam wyciągnąć go z tej dziwnej apatii, ale nie porzuciłam ostatecznie. Nadal był moim kochanym „bączkiem", podczas gdy ja, byłam znienawidzoną i niewdzięczną „cichodajką" dla własnej matki.

"Dwa koła kochana" – Niczym natrętny komar zabzyczała w mojej głowie myśl. „Myśl, myśl, kochana".

Jasne. Gdyby to było takie proste. Przewróciłam się na bok i wbiłam zaspany wzrok w okno, za którym nie było nic oprócz ściany sąsiedniej kamienicy. Zabawa nie dość, że była niebezpieczna to jeszcze z kim? Z jakimś bogatym z domu małolatem, w dodatku bratem mojego szefa. Ryzyko było zbyt duże. Niepokoił mnie również trzeci z Jastrzębi, ale na razie nie wiedziałam nawet, dlaczego tak się działo.

...

– Pani myśli, że my nie wiemy, co to jest pralnia chemiczna? – Poczerwieniała na twarzy Ilona, potrząsnęła ze złością sukienką przed nosem klientki. – Też z niej korzystamy, ale ta sukienka jest na bank wyprana w ręku, w dodatku powinna być suszona w pozycji leżącej. Widzi pani, jak szwy się przekręciły... o, tu? – Rozłożyła ją i wskazała na jeden z boków i rzeczywiście, oba nie były symetryczne. Materiał wyciągnął się, był lekko wypłowiały, a jeden z bocznych szwów znajdował się teraz bardziej z przodu.

– Proszę pani. – Westchnęła ciężko farbowana blondyna. – Czy pani jest człowiekiem? – W jej głosie dudniło oburzenie. – Ta suknia kosztowała majątek! – wrzasnęła. – Nawet gdybym ją przekręciła przez wyżymaczkę, nie miała prawa po jednym praniu zamienić się w bezużyteczny worek!

– Jestem, ale pani najwyraźniej nie, w innym wypadku spojrzałaby pani na metkę, na której wyraźnie jest napisane „Czyścić chemicznie". A teraz, skoro nie ma pani paragonu, to żegnam. – Ilona przesunęła sukienkę w stronę kobiety i założyła ręce na bujnych piersiach.

– O nie, nie tak szybko. Chcę porozmawiać z kierownikiem o tej podróbce i to natychmiast – zażądała, jeszcze bardziej rozdrażniona.

– W tej chwili to niemożliwe, ponieważ jest na wyjeździe i to ja go zastępuję, więc... – Ilona spojrzała na mnie znacząco. – Przypilnuj wszystkiego – mruknęła ostrzegawczo, po czym przeszła na drugi koniec lady i odpięła złoty sznur, blokujący wejście. – A pani w takim razie niech weźmie suknię i zapraszam na zaplecze. – Zwróciła się do klientki dziwnym głosem.

– Słucham? – Zdziwiła się tamta.

– Nie będziemy tutaj dyskutowały, to nie jest bazar, tylko markowy sklep – wyjaśniła, obrzucając kobietę lodowatym spojrzeniem.

Ta cała kłótnia a szczególnie wzmianka o podróbce, nieźle wkurzyła Ilonę i gdyby usłyszeli ją inni klienci, niektórzy z nich pewnie przestaliby u nas kupować. Ja z pewnością położyłabym uszy po sobie, zaczęła przepraszać i przyznała tamtej rację, bo jak nic wszystko wskazywało na to, że łaszek nie był markowy. To mnie zastanowiło, zwłaszcza że to nie ja ją sprzedałam i nawet nie przypominałam sobie, żebym ją wcześniej widziała. Już chciałam po nią sięgnąć i przyjrzeć się bliżej, ale kobieta zgarnęła ją z lady i bez słowa ruszyła we wskazanym przez Ilonę kierunku.

sobota, 23 lipca 2016

Jastrzębie - Rozdział 02.


 

– Straszną masz tę matkę. Ona zawsze się tak wydziera przez telefon? – zapytała Ilona, wchodząc na zaplecze i łapiąc się pod zaokrąglone boki.

– Nie mów, że słyszałaś? – Zadrżałam.

– Jasne, cały sklep słyszał, jakbyś rozmawiała na głośnomówiącym – zadrwiła.

– Cholera – syknęłam i wyciszyłam głośnik, po czym zawinęłam resztę kanapki i schowałam z powrotem do pudełka.

– Żartowałam, wyluzuj. – Puknęła mnie w ramię. – Posłuchaj, nie ma dużo ludzi, bo dzisiaj jest rynek więc pomyślałam, że skoczę na zakupy i przy okazji przyniosę nam coś do jedzenia. Dasz sobie radę?

To brzmiało raczej jak stwierdzenie, ale w sumie mnie urządzało, bo oznaczało, że będę miała chwilę spokoju.

– Jasne, ale dla mnie nic nie przynoś, nie jestem głodna. – Wskazałam na śniadaniówkę.

– Daj spokój, ja stawiam, a do wieczora jeszcze zgłodniejesz. – Ścisnęła moje ramię, wbijając w nie nowe pazury i ruszyła do wyjścia. – Ach… I rozpakuj w końcu te końcówki serii, bo jak Emil zobaczy, że pudła nadal stoją w magazynku, to się wkurzy – dodała na odchodnym.

”Ugryź się w dupę” – zaklęłam w duchu. To był też jej obowiązek, ale oczywiście będąc żoną szefa, czuła się tu jak właścicielka. Nie powinnam się wychylać, bo dobrze wiedziałam, że ze swoimi marnymi kwalifikacjami lepszej pracy w mieście nie znajdę i jeśli podpadnę tej żmii, to mogę się z nią pożegnać. Poza tym pracowałam tu niecałe cztery miesiące i Emil jeszcze się do mnie nie przekonał. Może gdybym tak jak Ilona, dała się na początku obmacywać albo bym mu obciągnęła, to teraz ja bym jej rozkazywała. Któregoś dnia pod nieobecność Ilony wpadła do nas była pracownica i ostrzegła mnie przed nią. Opowiedziała mi także, kim była wcześniej i w jaki sposób wepchnęła się do rodziny Jastrzębi. Sama nie byłam święta, bo też lubiłam facetów, ale nie patrzyłam na zawartość ich portfela. Tak właśnie poznałam Wiktora, który nie miał wiele, a jednak wszystko, czego wówczas potrzebowałam.

Na agresywny odgłos dzwonka przy kontuarze zerwałam się i wróciłam do sklepu. „Co za niecierpliwa baba” – pomyślałam, ale nikogo wewnątrz nie zauważyłam. Nie usłyszałam też dzwonków przy drzwiach wejściowych i przez chwilę miałam wrażenie, że po prostu się przesłyszałam. Musiałam się pilnować, bo złodziei nie brakowało. W tamtym miesiącu ktoś wyniósł super hiper markową bluzkę, za którą Emil odciągnął mi potem z wypłaty sto pięćdziesiąt złotych, a drugie tyle podobno zabuliła Ilona, ale jakoś trudno mi było w to uwierzyć.

Przesunęłam dzwonek na koniec lady i nagle coś mi się na niej nie zgadzało. Na drugim jej końcu leżała jednorazowa foliowa torebka a w niej… Zajrzałam do środka i na widok pudełka lodów Manhattan zdębiałam.

– Hej! – Usłyszałam niespodziewanie i podskoczyłam jak oparzona.

Spod lady niczym pajac podniósł się Młody.

– Je zu…! – wrzasnęłam, uderzając otwartą ręką o ladę. – Chcesz w nos? Wystraszyłeś mnie, co tu do cholery robisz? – Spojrzałam na niego podejrzliwie.

Wyszczerzył się jak małolat i oparł na brzegu lady, próbując napiąć ledwo odznaczające się mięśnie na szczupłych ramionach. Na nosie oczywiście miał swoje maskujące okulary.

– Mam chwilę, a że dawno tu nie byłem i zostałaś sama, to pomyślałem, że wpadnę. – Poruszył śmiesznie ustami.

– Skąd wiedziałeś, że jestem sama? – zapytałam, opierając ręce na biodrach. Musiałam mu pokazać, kto tu rządził. Mógł sobie być Jastrzębiem, ale jemu bynajmniej nie miałam zamiaru w niczym ustępować.

– Widziałem wychodzącą stąd Ekspertyzę. – Wskazał kciukiem przez swoje ramię.

– Eks… co?

piątek, 22 lipca 2016

Jastrzębie - Rozdział 01.


 

Zaciskam powieki i chcę naciągnąć na siebie koc, ale bezskutecznie. Światło poranka drażni mnie, uporczywie kłuje i tylko wzmaga gigantyczny ból głowy. Jestem prawie goła, zimno mi i mam lekkiego kaca.

Ostrożnie podnoszę się, zakrywam ręką twarz i próbuję przez palce zlokalizować swoje ubranie. Jest tego zbyt wiele w dodatku uczestnicy wczorajszej imprezy, leżeli, na czym popadło i gdzie popadło. Nie chcąc nikogo budzić, chwytam pierwszą lepszą z brzegu męską koszulę, znajdującą się w zasięgu mojej ręki naciągam na siebie, po czym wstaję i niedaleko drzwi zauważam swoje szpilki. „Nie jest tak tragicznie” – myślę sobie i zanim wciskam je na nogi, najpierw rozglądam się za jakimiś fajkami. Nie trudno zgadnąć, że one również nie czekają na mnie i nie leżą na wierzchu. Chce mi się strasznie palić, więc po cichu zaczynam przeszukiwać kieszenie porozrzucanych po pokoju ubrań. W końcu w czyichś spodniach znajduję lekko zmiętą paczkę marlboro, wyciągam jednego papierosa, zabieram zapalniczkę i chowam do kieszeni koszuli. Uradowana tą zdobyczą slalomem przemykam do drzwi.

W łazience na szczęście nikogo nie ma, ale za to jakiś matoł zostawił otwarte okno i przejmujący chłód omal nie zwala mnie z nóg. Wchodzę do kibelka i na widok zawartości muszli nie wytrzymuję i sama puszczam pawia tuż obok…

– Co za syf… kurwa mać… – jęczę do siebie, po czym odwijam z rolki kilka metrów papieru toaletowego i niezdarnie sprzątam bałagan. W głowie stuka, puka, szumi i czuję, że to jeszcze nie koniec i nie mylę się.

Za pierwszym razem wpadam w panikę, kiedy kibel zapycha się i napełnia prawie po brzegi. Po chwili jednak wszystko opada i zanim podłoga dookoła wygląda w miarę czysto, spuszczam wodę jeszcze dwa razy. Otwieram drzwi i wychodzę na chwilę, żeby w umywalce umyć dokładnie ręce, a potem wypłukać usta. Następnie zamykam się z powrotem w kibelku, robię siku i odpalam papierosa. Po rzyganiu smakuje ohydnie, ale nałóg jest silniejszy ode mnie i rządzi mną – skurwysyn. W połowie fajka ktoś wpada do łazienki i szarpie za klamkę.

– Jest tam kto? – pyta jakiś zirytowany facet.

– Ja jestem – odpowiadam, nie kojarząc go nawet po głosie.

– Kurwa… – mruczy pod nosem, po czym słyszę, jak odpina zamek i uderza klamrą od paska o umywalkę.

„Chyba nie masz zamiaru się do niej odlewać?” – myślę, krzywiąc się zniesmaczona.

A jednak. O ja naiwna, jak słabo znam facetów!

– Laleczko? – odzywa się tuż po odlaniu i umyciu rąk. – Masz chyba na sobie moją koszulę. Wyskakuj z niej, bo zwijam się na chatę – oznajmia, lekko kopiąc w drzwi.

Super. Uwielbiam, jak ktoś traktuje mnie przedmiotowo, podkreślając to jeszcze takim cienkim epitetem.

– Możliwe… – mruczę przez nos, opuszczając głowę i spoglądając na siebie. – Błękitna z czarnym haftem na kieszeni?

– Nom.

– Daj mi chwilkę, spalę i już ci ją oddaję…

– Czekam w takim razie.

Po tych słowach wychodzi, a ja spokojnie dopalam papierosa i bez pośpiechu wracam do pokoju. Na miejscu stwierdzam, że nikt oprócz mnie i nagiego do pasa pulchnego bruneta, siedzącego na rogu kanapy, jeszcze się nie obudził. Rzucam mu błagalne spojrzenie i szybko przewalam ubrania, szukając swojej sukienki i torebki. Tę pierwszą znajduję, ale druga jakby zapadła się pod ziemię. Odwracam się, zdejmują koszulę i naciągam na siebie „małą czarną”. Kiedy robię w tył zwrot, zauważam, że facet trzyma w ręku moją torebkę i patrzy na mnie maślanym przepitym wzrokiem. „Więc jednak coś kojarzysz, skoro wiesz, że to moje?” – dumam w myślach, unosząc ze zdziwienia brwi.

Zupełnie nie był w moim typie, w dodatku sikał do umywalki. Ble. Podchodzę do niego, przybierając wdzięczny wyraz twarzy i wymieniamy się rzeczami. Sprawdzam przy nim czy niczego nie brakuje w torebce i gdy pochylam głowę, ponownie czuję mdłości.

czwartek, 21 lipca 2016

Jastrzębie - Prolog




Miałam osiem lat a Wiktoria czternaście, kiedy nasz ojciec stracił pracę i przeprowadziliśmy się na wieś. Niezbyt wyraźnie widzę nasz dom i niezbyt wyraźnie pamiętam też matkę. Z tego, co uchowało się w mojej pamięci, wiem, że był to piętrowy budynek z dużym strychem i tylko jedna połowa należała do nas. Drugą zajmowało starsze małżeństwo. W ich mieszkaniu znajdowała się także mała biblioteka. Prowadziły do niej osobne, dosyć wysokie i zadaszone schody na zewnątrz. Na tychże schodach często przesiadywałam samotnie, nawet kiedy punkt biblioteczny był zamknięty i padał deszcz. Czytałam wypożyczone bajki, rysowałam lub po prostu rozmyślałam o bzdurach, czekając na powrót ojca albo siostry.

Matka natomiast jest jeszcze bardziej niewyraźna. Rzadko bywała w domu, ponieważ dużo pracowała i często wyjeżdżała. Z jej obrazem kojarzę głównie wizytowe stroje, zapach perfum i mnóstwo butów na wysokim obcasie. Miała też bardzo długie i ciemne włosy, które odziedziczyłam po niej w genach.

Jednak jeden obraz, choć minęło tyle lat i bardzo chciałam wymazać go z pamięci, jak na złość był wyraźny i wciąż powracał, prześladując mnie po dziś dzień. Przebijał się nawet przez całą tragedię, przypominając mi niemal codziennie, że to wszystko była moja wina.

To był słoneczny i spokojny dzień. Dzień piętnastych urodzin mojej siostry. Matki oczywiście nie było, a ojciec pił gdzieś ze swoimi kolegami, zapominając nie tylko o nas, ale także o całym gospodarstwie. Korzystając z nieobecności rodziców, moja siostra wymknęła się z domu, jak zwykle tłumacząc, że nie mogę z nią iść i że zaraz wróci. Oczywiście wierzyłam jej i czekałam na nią, siedząc na parapecie kuchennego okna, skąd miałam widok na bramę i połowę podwórza. Nie pamiętam, jak długo to trwało, ale w końcu znudzona czekaniem postanowiłam wyjść z domu.

Nawet w tej chwili po tylu latach czuję zapach skoszonego siana i kłucie na nogach, kiedy tamtego dnia biegłam przez łąkę w stronę lasu. Widzę przed sobą gęste leśne zarośla... Wchodzę na ścieżkę wydeptaną przez dzikie zwierzęta prowadzącą w dół strumienia, gdzie rosną zawilce i kaczeńce...

Na swoje przekleństwo odkryłam ją niedługo po tym, jak się sprowadziliśmy. Nigdy nie powinnam tam wchodzić, nie powinnam nawet tamtego dnia sama opuszczać domu.

Wracając z pękiem kwiatów, utknęłam w grząskim nabrzeżu strumienia. Jeden z gumowych klapek został w błotnistej i czarnej jak smoła ziemi więc schyliłam się i zaczęłam grzebać w niewielkim otworze po mojej stopie…

Rozkładam rękę i oczami wyobraźni widzę, jak wówczas była mała.



– Proszę pani? Pani Różo? Dobrze się pani czuje?

Na dźwięk swojego imienia mrugam zdezorientowana. Wzrok się wyostrza i powracam do gabinetu doktora Macieja.

– Tak… – Odgarniam do tyłu włosy i spoglądam na niego skołowana.

– To skierowanie do specjalistycznej poradni dziecięcej w Poznaniu. Pracuje tam mój dobry znajomy i jest najlepszy w mieście. Z mojej strony to wszystko, pani Różo. – Spojrzał na mnie z troską. – Proszę. – Podsunął mi świstek i zdjął okulary.

– Dziękuję… – Zgarniam go ze stołu, wkładam za okładkę książeczki i pakuję do torebki.

– Naprawdę mi przykro, że nie mogę nic więcej dla was zrobić…

– Jasne, nie ma sprawy – przerywam mu i widzę, jak zerka na mojego syna z dziwnym wyrazem na twarzy.

Wstaję, biorę Marcina na ręce i wychodzę bez słowa. Jestem zła i sama już nie wiem na kogo najbardziej.

Jastrzębie - Opis









Róża znalazła się na życiowym zakręcie, ale tak naprawdę była na nim już od dziecka. Powracające z dzieciństwa dramatyczne wydarzenia nie pozwalają jej ruszyć do przodu. Jako dwudziestoczteroletnia wdowa i samotna matka nieumiejąca udźwignąć piętrzących się problemów, zżerana przez poczucie winy w końcu wkracza na zgubną ścieżkę. Wydawać się może, że to droga w jedną stronę i nic ani nikt nie będzie w stanie jej zatrzymać. Los sprawia, że przypadkowo spotyka o pięć lat młodszego od siebie Sebastiana...

Zamieszczona okładka nie narusza praw autorskich.

środa, 13 lipca 2016

Zapach czerni - Rozdział 08.


Iskra.


Nie kłamał. W dużym pokoju ledwo oświetlonym biurową lampką, stojącą na masywnym dębowym stole unosił się mdławy zapach lilii i tytoniu. Na blacie leżały porozkładane papiery, wyściełane czarne krzesło było odstawione, jakby dopiero ktoś opuścił je w pośpiechu, a w kryształowej popielnicy jeszcze tlił się niedopałek papierosa.

Borys uchylił szerzej okno, po czym przyciągnął z kąta duży fotel na kółkach obity ciemną skórą i przysunął do stołu.

– Usiądź, proszę. – Wskazał jej miejsce, a sam zasiadł na swoim krześle, po drugiej stronie, uśmiechając się ukradkiem na widok niedomkniętych drzwi. – Babcia wie, że tu jesteś? – zapytał, gdy spoczęli oboje.

– Nie, skąd. – Poruszyła się nerwowo, omal nie zsuwając z krańca siedzenia. – Babcia... by mnie za to wyklęła – odparła, nieco zdziwiona jego pytaniem.

– Dlaczego tak uważasz? – Spojrzał na nią, odchylając się do tyłu.

Twarz miał skrytą w półmroku, a ręce oparte na brzegu stołu w dość specyficzny sposób. Szybko opuściła wzrok i z zakłopotaniem oczyściła gardło.

– Ludzie rozpowiadają po wsi różne rzeczy, a moja babcia tylko się denerwuje. Nie chcę dokładać jej więcej zmartwień... Przyszłam do księdza, ponieważ widziałam coś... – zająknęła się i splotła ręce pod stołem.
 

– Co takiego? – zapytał i uniósł się na krześle, by poprawić sutannę, a potem przysunął się bliżej stołu. – Mów i nie obawiaj się niczego. Wszystko, co powiesz zostanie między nami – dodał, wyraźnie się niecierpliwiąc.

– Jak na spowiedzi? – Upewniała się, spoglądając na niego spod byka.

– Jak na spowiedzi – przytaknął z poważną miną.

Czerń materiału i jego włosów idealnie kontrastowała z bielą koloratki. Zauważyła, że ogolony wyglądał na młodszego o kilka lat i gdyby wcześniej nie widziała go w kościele, nigdy by nie uwierzyła, że jest księdzem.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zapach czerni - Rozdział 07.



Odwiedziny.



Baśka nie chciała nikogo widzieć. W końcu tylko cudem przekonały pielęgniarkę, która ostatecznie zgodziła się je wpuścić, zastrzegając sobie jednak, że kiedy wróci za kilka minut, ma ich już nie być.

– Sama do niej idź. Przy mnie może się zamknąć. Obie wiemy, że za mną nie przepada – powiedziała Jolka, siadając na jednym z szeregowych krzesełek ustawionych tuż przy wejściu.

Nie było czasu na kłótnie, Alina wparowała do środka i od razu powiodła wzrokiem po łóżkach w poszukiwaniu przyjaciółki. Wypatrzyła ją na końcu pięcioosobowej Sali. Leżała tyłem, zwrócona w stronę okna. Jej ramiona lekko podrygiwały pod wpływem płaczu. Nie było tak źle, pomyślała, dopóki nie zbliżyła się do jej łóżka i nie usiadła na krześle przy niewielkiej obskurnej szafeczce. Wtedy Baśka odwróciła zapłakany wzrok i na widok jej twarzy, Alina aż zazgrzytała zębami.

– Boże… Kto ci to zrobił? – Zadrżała i nie wiedząc, co zrobić z rękoma, ostrożnie chwyciła za wystający z gipsu mały palec przyjaciółki.

– Mówiłam, że nie chcę nikogo widzieć. – Pociągnęła nosem i opuściła głowę.

Łzy jak grochy toczyły się po jej podrapanych policzkach i zszytej w dwóch miejscach wardze. Cud, że z taką raną, mogła w ogóle mówić.

– Musiałam cię zobaczyć… Myślałam, że… –przerwała, nie chcąc jej denerwować swoimi podejrzeniami.

– Myślałaś, że zwiałam i pojechałam imprezować bez ciebie, nie? – Odwróciła głowę, rzucając jej pełne żalu spojrzenie.

– Myślałam o różnych rzeczach, ale nie o tym, że przytrafi się tobie coś podobnego – odpowiedziała, spoglądając na poczerniałą bransoletkę na jej drugiej ręce. Czuła wstyd i nawet bała się do tego przyznać.

– Skoro już wiesz, to pewnie słyszałaś też, co zrobiła moja babka… – Westchnęła ciężko, starając się uspokoić oddech. – Nigdy jej tego nie wybaczę i nie wrócę już na wieś. Niektórzy pewnie się ucieszą, a ona z pewnością już skacze z radości na tych swoich opuchniętych girach – warknęła z nienawiścią, na co kobieta dwa łóżku obok, podniosła się, przerywając swoją lekturę i spojrzała na nie karcąco.

– Nie mogę pojąć, jak mogła to zrobić, w dodatku w twoje urodziny…

– Matka z ojcem dali mi zgodę na imprezę. Wydałam sporo kasy, a babka zrobiła to specjalnie. Starzy już wracają i o wszystkim wiedzą… Nie wiem tylko, czego chce od nich policja… – Zamilkła z trudem powstrzymując się przed kolejnym wybuchem płaczu. – Ci Cyganie… – Uniosła głowę z nienawiścią w oczach. – Prawie zabili mojego kumpla. Jak tylko wydobrzeję, nie daruję im tego – wydusiła, opadając z powrotem na poduszkę.

Coś jej mówiło, że Baśka dopnie swego i to, przeraziło ją jeszcze bardziej.



Ledwo zdążyły na autobus, ale zanim się rozstały i rozeszły do domów, Jolka zatrzymała się niedaleko plebanii, jakby nagle o czymś sobie przypomniała.
 
– Nie jestem pewna, o jakich cyganów chodzi, ale w tamtym roku byli jacyś u nas na dyskotece i ktoś zniszczył im auto. Strasznie się pobili z naszymi chłopakami i gdyby nie przyjechała policja, roznieśliby całą kuźnię. Od tamtej pory jest zamknięta i nie robią już imprez – wyjaśniła Jolka.

– Myślisz, że Baśka i ten Marcin mieli z tym coś wspólnego, a tamci dopiero teraz mieli okazję się zemścić?

– Nie wiem, ale podobno Baśki wtedy nie było, mnie zresztą też, bo o tym to mi Kazik opowiadał. – Wzruszyła ramionami. – Ona się prowadza z nieciekawym towarzystwem i sama widziałaś, że jest nieobliczalna, mogli kogoś namówić albo co – dodała, po czym wychyliła się raptownie i spojrzała w stronę kościoła.

Alina również podążyła za jej wzrokiem i ujrzała wyjeżdżający z plebanii samochód proboszcza. Zatrzymał się tuż za bramą, z której po chwili wybiegł również wikary z niewielkim neseserem w garści. Otworzył w pośpiechu bagażnik, wrzucił torbę i ostrożnie zamknął go z powrotem.

– Ciekawe gdzie się wybiera proboszcz? – Jolka mruknęła pod nosem jakby sama do siebie.



piątek, 1 lipca 2016

Zapach czerni - Rozdział 06



Kuszenie.


Czymkolwiek by się nie zajęła i tak nie była w stanie o tym zapomnieć. Myśli wciąż błądziły wokół koszmarów i żadnym sposobem nie potrafiła ich ujarzmić. Prześladujące ją w nich zwierzę, obnażało nie tylko jej paniczny lęk, ale jak podejrzewała, mogło również zwiastować jakieś złe wydarzenie.

Siedząc przy kuchennym stole, nakrytym wodoodpornym jasnozielonym obrusem, starała się odtworzyć kwiatowy wzór na sukience. Niestety nie była mistrzem rysunku. Kwiaty wyglądały koślawo, a narysowane ołówkiem zupełnie nie przypominały tych, jakie zapamiętała. Jedynie sposób, w jaki rozrzucone były ich pączki.

– No co za ludzie... – Usłyszała zirytowany głos powracającej ze sklepu babki. Trzaśnięcie drzwiami i dynamiczny odgłos zdejmowanych w pośpiechu butów, świadczył o jej zdenerwowaniu.

– Jestem w kuchni... – zaalarmowała Alina.

– A coś się tak zaczytała... czy zapisała? – Maria wparowała do kuchni, po czym postawiła torby z zakupami na podłodze i otarła brzegiem fartucha spocone czoło. – Gorąc jak diabli, a jeszcze dziesiąty nie ma – sapnęła, zapuszczając żurawia na stół.

– Trzeba było mnie zbudzić, to poszłabym po zakupy – oznajmiła, zamykając notatnik przed ciekawskim spojrzeniem babki.

– Może to i dobrze, że akurat to ja dziś poszłam – odparła, przyglądając się jej z małym dystansem.

– A co się stało? – Alina nagle zaniepokoiła się, podejrzewając, że mogło chodzić o Baśkę.

– Ech... – Maria kiwnęła ręką i odsunęła drugie krzesło, na którym spoczęła bez wyraźnej ulgi. – Tak jak mówiłam, jakaś cholera już bujdy na resorach rozpuszcza, tylko jeszcze nie wiem która. Oby jej jęzor skołowaciał i rozwolnienia dostała. – Westchnęła ciężko, poprawiając przez fartuch ramiączka od biustonosza.

– Ale co takiego i na czyj temat? – Poruszyła się.

– O tobie, kochana, o tobie... – Babka puknęła wierzchem ręki o stół, aż po kuchni rozniósł się głuchy łoskot. – Najpierw mi sklepowa powiedziała, że słyszała od ludzi, jak to się ksiądz w ciebie wgapiał a ty w niego. Potem przylazła Helena i tak mi krwi napsuła, że jak miły Bóg, gdyby my w sklepie nie były, to bym gadzinie jęzor wyrwała – gorączkowała się.

– Kto by się jej gadaniem przejmował, daj spokój babciu.

– Co, daj spokój? Rozpowiada, że się z nim tym diabłem na czterech kołach wozisz, więc jak mam być spokojna przez takie bujdy? – Zapowietrzyła się, robiąc wielkie oczy.

– No... podwiózł mnie do plebanii, to prawda i co z tego? – Alina była zdziwiona i jednocześnie rozbawiona, że taką aferę z tego zrobiono.

– Podwiózł? Tak sam ze siebie? – Maria rozdziawiła usta.

– Oj, babciu... – Przyjęła łagodny uspokajający ton. – To przedwczoraj było, jak z miasta wracałam. Zatrzymał się, więc się zabrałam okazją. Poza tym, pojęcia nie miałam, że to nasz wikary, bo po roboczemu był, w dodatku w czapce i okularach – tłumaczyła się.

– No nie wiem – zasępiła się babka, która wcale na uspokojoną nie wyglądała.

– Ja się tym nie przejmuję, bo ludzie i tak co będą chcieli, to będą gadali – odparowała.

– O nie... Nie pozwolę na to, żeby sobie na tobie języki strzępili. Dowiem się, która to zaczęła, a wtedy też jej wstydu narobię. – Podniosła się z krzesła i zabrała się za wypakowywanie zakupów.

– O Basi nic nie wiadomo? – Szybko zmieniła temat, ściskając nerwowo w ręce krótki ołówek.

– A coś słyszałam, że po mieście się z jakimiś cyganami włóczy – odpowiedziała już bez większych emocji.

„Jednak koniec naszej przyjaźni" – stwierdziła w duchu, wyraźnie rozżalona. Przynajmniej wiedziała, że Baśce nic nie jest i chociaż tym nie musiała się już zamartwiać.

– No to niech się włóczy – burknęła, po czym wstała od stołu, zabrała notatnik i wyszła do swojego pokoju.