piątek, 2 września 2016

Jastrzębie - Rozdział 35.



– Gdzie goście? – zapytał Młody, na co wstrzymałam oddech i wytężyłam słuch.

– Mały śpi, a Dzikuska pewnie uciekła jak zwykle... – odpowiedziała z głębi domu Maryśka.

– Streszczaj się, będę czekał w samochodzie – Usłyszałam też lodowaty pomruk.

„Diabeł tu był...!" – spięłam się, rozpoznając jego głos.

Na pukanie do drzwi ze strachem spojrzałam w lustro. Miałam zaczerwienione policzki i plułam sobie w brodę, że wlałam w siebie marysinego „sikacza".

– Już wychodzę... – wymamrotałam i przygładziłam roztrzepane włosy.

Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam Sebastiana. Stał bez koszulki, którą trzymał w ręku, a po jego twarzy i brzuchu spływał pot.

– Cześć – przywitał się z błyskiem w oku.

– Hej... Co tam przytargaliście? – zapytałam, opierając się o drzwi.

– Nocleg dla... Marcin, tak? – Uśmiechnął się niepewnie.

– I tak będzie spał ze mną – ucięłam od razu.

– Jesteś pewna...? – Zerknął przez ramię, a potem podszedł do mnie i zaatakował gorącym oddechem.

Pachniał słońcem, lasem i potem, który z chęcią bym z niego zmyła, gdybyśmy byli u mnie.

– Jestem... – odpowiedziałam szeptem, czując płomienie na policzkach.

– Fajnie, że jesteś... Twoja matka zaprosiła nas na kolację. Musimy potem pogadać. – Przysunął się i cmoknął mnie w ucho, aż w nim zadzwoniło.

– Masz, rację. Pogadamy sobie... – mruknęłam przez zęby, szczypiąc go lekko w brodawkę.

– Dziękuję za pomoc... Co ja bym bez was zrobiła... Pamiętajcie, że wieczorem kolacja... – Z pokoju obok wyłoniła się matka, ale na nasz widok od razu się wycofała.

– Nie ma za co. Przyjdziemy na pewno – odpowiedział Młody, po czym ukradkiem zrobił to samo, co ja jemu i szybko zwiał, zanim zdołałabym mu oddać.

– Naprawdę... Nie musicie skrywać się u mnie po kątach... – Usłyszałam jej parsknięcie.

– Po co ci tej fotel? – zapytałam, wchodząc do jej pokoju.

– Adam miał go przywieźć wcześniej, ale nie wiedzieliśmy, czy w ogóle przyjedziesz... Chyba nie chcesz cisnąć się z maluchem w jednym łóżku? A jak zmoczy się albo zrobi coś gorszego? – Spojrzała na mnie, po czym wyciągnęła z szafy komplet pościeli oraz cienki koc i rzuciła na łóżko.

Miała rację. Akurat nad tym się nie zastanawiałam. Prawdę mówiąc, odkąd wyjechaliśmy z placówki, nie robił ani razu siku. Był już dużym dzieckiem i miałam nadzieję, że problemów z moczeniem nocnym nie będzie, aczkolwiek będąc w domu dziecka, co drugi wychowanek sikał w łóżko, a czasem nawet zdarzało się to o wiele starszym...

Jej sypialnia w porównaniu z resztą domu prezentowała się wyjątkowo skromnie. Proste drewniane łoże, po obu stronach wezgłowia małe stoliki na wysoki połysk, szafa i komoda do kompletu. Na komodzie stało obrotowe lustro zastawione kosmetykami. Ściany i sufit pomalowała na biało, a w oknach nie było nawet firanek, tylko ciemnobrązowe rolety pasujące kolorem do mebli.

– Przeniosłaś sypialnię i zmieniłaś meble – stwierdziłam.

– Tak... – Westchnęła. – Stare już się wyeksploatowały, a sypialnię przeniosłam, bo nie mogłam znieść sąsiada dowcipnisia. Za każdym razem, jak wyjeżdżał gdzieś wieczorem, świecił mi długimi po oknach... Ma taki duży terenowy samochód... Wiesz, z takimi światłami u góry. – Zmieszała się i poprawiła włosy, po czym zgarnęła pościel i podeszła do okna.

„Ha! Spałaś z nim..." – zaświtało mi w głowie.

– Daj, pójdę na górę się rozpakować i przygotuję mu spanie. – Podeszłam do niej.

Była zamyślona i zmartwiona.

– W szafce na korytarzu jest odkurzacz – powiedziała niczym robot. –Odkurz je najpierw... Aha... – Ocknęła się. – Nic nie mówisz, a zapomniałabym o kołdrze. – Wręczyła mi pościel i wróciła do szafy.

– Jest gorąco, po co mu kołdra?

– Noce są tu chłodne... Chyba nie chcesz, żeby się przeziębił, co?

...
Swoje ubrania zostawiłam w plecaku, tylko kosmetyki i bieliznę ułożyłam w pierwszej szufladzie niewielkiej komody. Pozostałe dwie, zapełniłam rzeczami Bąbla. Musiałam przyznać, że miał bardzo ładne ciuchy. Ktoś spakował mu nawet buty na zmianę, dwie pidżamy, a nawet dwa pudełka drewnianych klocków, które znalazłam na samym dnie. Jedne były ode mnie i od razu zauważyłam, że nie brakowało ani jednego. Nie miałam pojęcia, czy to przez to, że się nimi nie bawił czy po prostu, nie był takim psujem jak większość dzieci.

Wypróbowałam rozkładany fotel i stwierdziłam, że to nie było spanie dla mnie. Nogi mi wystawały i w ogóle było jakoś twardo i nisko.

– Chodź, na kawę...! – Usłyszałam z dołu wołanie matki.

„Nie przyzwyczajaj się, to tylko na weekend" – zbudził się mój demon.




– Muszę go w końcu zbudzić, ile będzie spał? – Zaniepokoiłam się.

– Daj mu jeszcze chwilę, pewnie podróż go wymęczyła – oświadczyła Marysia. – Gdzie tak naprawdę chciałaś z nim pojechać?

– Nie wiem, coś bym wykombinowała. Najpierw myślałam o zoo, a potem, jak pojechaliśmy po niego, zobaczyłam wesołe miasteczko. Dojechalibyśmy w niedzielę Autobusem i cały dzień moglibyśmy spędzić w mieście.

– A gdyby się zmęczył i zasnął jak tutaj? Musiałabyś wrócić do domu dziecka... – Zauważyła, na co ponownie przyznałam jej rację.

Zazwyczaj brałam go na miasto, szliśmy gdzieś i przyprowadzałam go z powrotem. Tylko dwa razy miałam go u siebie i tak naprawdę były to niezbyt udane weekendy. Byłam zupełnie nieprzygotowana i niezbyt odpowiedzialna, a przynajmniej za taką sama się uważałam. Chciałam jednak spędzać z nim czas, chciałam być tą gównianą matką mimo wszystko. Gdy byłam w domu dziecka, miałam za złe matce, że mnie nie odwiedzała. Więc, nawet jeśli mój syn mnie nie zauważał i miał mnie gdzieś, to nie potrafiłam ot tak zniknąć z jego życia.

– Myślałaś czasem o tym, żeby ponownie wyjść za mąż? No wiesz, znaleźć jakiegoś odpowiedzialnego faceta i ojca dla małego... – zapytała znienacka.

– Nie – rzuciłam krótko.

– Dlaczego? Jesteś jeszcze młoda... Mały nie pyta o ojca?

– Nie chcę i już. Nie chcę nikogo obarczać swoim ciężarem... Marcin ledwo mówi i nawet o mnie nie pyta. – Rzuciłam jej znaczące spojrzenie.

Matka zamilkła, ale nie przestała się krzątać. Włożyła do garnka jajka i postawiła na gazie. Następnie wyciągnęła szklany półmisek i wzięła się za krojenie szczypiorku. Obserwowałam ją i powoli kiełkowała we mnie zazdrość. Egoizm jej służył i wyglądało na to, że spokojnie przeżywa sobie swoją drugą młodość. Niedługo jej rywalka usunie się w cień, dosłownie i kto wie, czy na jednym trupie się skończy...

– Nie chcę cię do niczego przymuszać, ale nie siedź jak kukła, mów coś, albo mi pomóż... – W jej głosie usłyszałam zdenerwowanie.

Odrzuciła wszystko i podeszła do lodówki, a potem... jakby sama nie wiedziała, co robi, sięgnęła po swoją komórkę. Zauważyłam, że trzęsły się jej ręce...

– Co się dzieje? – zapytałam od niechcenia.

– Nic – odpowiedziała krótko i zaczęła gdzieś dzwonić.

– Przecież widzę. – Przyglądałam się jej uważnie, dopóki nie odwróciła się do mnie plecami.

– Nie odbiera, cholera... – Rzuciła telefon na szafkę, aż zderzył się ze stojącym tam dzbankiem na herbatę.

– Może lepiej, ty mów, bo widzę, że się coś dzieje. Kto nie odbiera, Adam? – naciskałam.

– Miał dzisiaj wizytę u lekarza – oznajmiła, odwracając się z powrotem. – Ten facet kiedyś doprowadzi mnie do cmentarza – dodała prędko, łapiąc się za głowę.

– To naprawdę coś poważnego?

– Nie wiem. Od kiedy wrócił z Egiptu, kaszle jak stary gruźlik – wyznała podenerwowana.

– Może coś tam złapał? Wiesz, niektórzy szczepią się, zanim wyjadą do egzotycznych krajów – wyjaśniłam, sama powoli zaczynając się martwić.

– Szczepił się i był nawet u lekarza. Poza tym wypadkiem nigdy nic mu nie dolegało, nawet przeziębienia rzadko łapał...

Na dźwięk komórki zerwała się, a ja spięłam w oczekiwaniu.

– No wreszcie... i jak? – zapytała, po czym odwróciła się i podeszła do kuchni, żeby zmniejszyć gaz. – No popatrz, co za brudasy, no... – Zbulwersowała się. – A teraz gdzie jesteś? Aha, aha... To świetnie, bo ja dopiero szykuję kolację, a tu wszystko w porządku. Tak, łóżko dotarło... Nie, nie ma takiej potrzeby, mamy wszystko, czego nam potrzeba...

Przysłuchiwałam się tej rozmowie i odniosłam dziwne wrażenie. Oni rzeczywiście byli jak małżeństwo. Po jej zachowaniu wywnioskowałam, że gdyby Adamowi coś się stało, z pewnością by się załamała. Kochała go... To był fakt, którego w żaden sposób nie mogłam już podważyć.

– No, no... to czekamy... – Odłożyła telefon i głośno wypuściła powietrze. Dosłownie wokół aż zadrżało od wyrzutu jej ulgi.

– Niepotrzebnie się martwiłaś, nie? – zagaiłam i nabrałam ochoty, żeby jej pomóc.

– Ci lekarze, to naprawdę... a szczególnie ci spece co robią zdjęcia albo pracują w laboratorium. Powinno się ich doszkolić, a wcześniej pociągnąć do odpowiedzialności. Ile ludziom nerwów napsują... to jest niewybaczalne – podsumowała, przecierając ręką wilgotne czoło. – Idę do łazienki, a ty zalej jajka zimną wodą i możesz obrać, jeśli potrafisz... – Spojrzała na mnie kpiąco.

– No wiesz? – Skrzywiłam się. – Obieranie jajek, to żadna filozofia – odparłam napuszona.

– Tak, te z marketu to same się obierają – zakpiła. – A ze swojskimi to robisz tak...

Zalała je wodą, przykryła przykrywką i zaczęła potrząsać garnkiem na wszystkie strony i obracać nim dookoła. Po chwili dolała wody i powtórzyła tę czynność.

– No, teraz możesz obierać, tylko pamiętaj, żeby nie wyrzucać do kosza łupinek, bo kury się na mnie pogniewają – stwierdziła żartobliwie, wytarła ręce o ścierkę i zostawiła mnie przy zlewie z opadniętą szczęką.

Uniosłam pokrywkę i wzięłam pierwsze jajko. Stuknęłam nim o rant zlewu i zaczęłam obierać. Nie powiem, że byłam w lekkim szoku, kiedy skorupka bez trudu zaczęła odrywać się jak spirala...

...
– Przyjechali... – powiedziała matka, po czym zamknęła okno i zasunęła roletę.

Podeszłam do drugiego i zrobiłam to samo, przy okazji zauważając białego busa.

– Busem? – Zdziwiłam się.

– Pewnie przywieźli mi ziarno dla kur, o które prosiłam – wyjaśniła zadowolona, po czym sięgnęła po leżące na lodówce klucze. – Możesz wkroić cytrynę do herbaty, zaraz wracam, tylko otworzę im stodołę.

Matka wyszła i oczywiście znowu naszły mnie zazdrosne myśli. Wychodziło na to, że wysługiwała się każdym. Pewnie nawet do zbierania śliwek kogoś najęła, a owoce na swojego sikacza kupiła od jakiejś zbieraczki. Wątpliwe było, żeby poszła do lasu i sama sobie ich nazbierała. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś wyrzucał jej gnój z kurnika i plewił w ogrodzie...

– Dodałaś tam coś od siebie...? – Wzdrygnęłam się i momentalnie odwróciłam, wypuszczając z ręki cytrynę. Na szczęście nie upadła na podłogę tylko do zlewu.

– Bardzo śmieszne. – Skrzywiłam się, ściskając w ręku nóż.

– Ostrożnie z tym... – mruknął Jacek, po czym wyszedł i skierował się do łazienki, jakby był u siebie.

„Świetnie. Reaguj tak dalej, to będzie miał z ciebie niezłe używanie..." – zganiłam się w duchu.

Zastanawiałam się, po co w ogóle tu przylazł. Na jego miejscu, unikałabym konfrontacji i nie zawracała sobie głowy kolacjami u Marysi, a już na pewno nie dałabym się wykorzystywać. Oczywiście, naszły mnie też inne myśli, ale szybko je odgoniłam.

– Eeee... – Dobiegło mnie stękanie i ciche marudzenie.

Zostawiłam wszystko i poszłam do pokoju. Kiedy zapaliłam światło, Marcin siedział na łóżku z dziwną miną, jakby nie wiedział, gdzie się znajdował.

– No w końcu się obudziłeś... – Uśmiechnęłam się i zajrzałam pod koc.

Sucho. Ulżyło mi, ale zauważyłam coś niepokojącego. W kąciku ust miał zaschniętą krew...

– Coś ty sobie zrobił, co? Pokaż... – Próbowałam zajrzeć mu do buzi, jak wcześniej Maryśka, ale zacisnął szczękę i odsunął się skrzywiony. – Pokaż mi, bo...

Wyszczerzył się i zauważyłam brak jednego zęba... Odetchnęłam z ulgą, bo już myślałam, że przegryzł sobie język, albo policzek. Nie wiedziałam, jakie miał natręctwa, aczkolwiek nigdy wcześniej nic niepokojącego u niego nie zauważyłam. Byłoby łatwiej, gdyby zamiast jęczeć i „eać" po prostu krzyknął jak zwykły dzieciak.

Wyciągnęłam go spod koca i wzięłam na ręce. Jasiek, na którym spał był lekko pobrudzony krwią, więc postanowiłam po kolacji wykąpać „Cichacza" i przy okazji przeprać poszewkę. Nie chciałam, żeby matka psioczyła z tego powodu.

– I jak, wyspał się? – zapytała Maryśka, za którą zaraz pojawił się Adam.

– Dobry wieczór – przywitał się wesoło, co było dla mnie trochę bez sensu, ale już taki był. Uprzejmy do bólu.

– Dobry, nie powiem. Marcinowi wypadł ząb i nie wiem, czy powinien teraz jeść. Może go boleć i będzie marudził jak nic – wyjaśniłam.

– Nie cudacz, oczywiście, że będzie jadł, a potem jedynie przepłuczemy mu czymś, mam rumianek – wtrąciła się. – Zagłodziłabyś dzieciaka... – Spojrzała na Adama i pokręciła głową.

„No wiecie co?" – zacisnęłam zęby i wyminęłam ich, wychodząc z Bąblem na rękach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz