piątek, 2 września 2016

Jastrzębie - Rozdział 37.



– Gdyby nie było tak późno, wzięłabym Bąbla i wróciła do miasta... Boże, to jakiś cyrk... – jęknęłam, spoglądając w niebo.

– Poczekaj, nie pędź tak... – Dogonił mnie i chwycił za rękę.

– Jestem ci wdzięczna, naprawdę, że mi o tym powiedziałeś. A ta wyrachowana żmija, tylko ostrzy pazury...

– Twoja matka, może o niczym nie wiedzieć. Wątpię, żeby od razu się jej tym pochwalił. Myślę, że będzie to przed nią ukrywał, tak długo, jak się da...

– Hej, a właśnie... Powiedz mi, co jest z twoją... z Magdą? Ona też jest chora, prawda? – zapytałam, mając już dość tych podchodów.

– Magda? – Zdziwił się. – Nic o tym nie wiem. – Wzruszył ramionami.

– Mogłam się tego domyślić... Je zu, jaka ja jestem głupia i naiwna.

– Nie mów tak. Nie lubię, kiedy tak o sobie myślisz. Wcale taka nie jesteś...

– Daj spokój! – podniosłam głos. – Od początku taka byłam. Nawet... kiedy się poznaliśmy... – Wyrwałam rękę i wcisnęłam obie do kieszeni. – Nie traktowałam cię poważnie. Ja... przespałam się z Maćkiem... kilka razy... – wydusiłam, sama nie wiedząc, po co to robię.

– Przestań...

– Zrobiłam to...

– Przestań...

– Chciałam ci o tym powiedzieć, ale nic więcej między nami nie było, bo jego też nie traktowałam poważnie. Potem...

– Przestań, prosiłem cię. – Chwycił mnie za ramię i zatrzymał.

Staliśmy dokładnie pod latarnią i patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy dopiero co się spotkali i nigdy wcześniej nie widzieli. Nadal nie potrafiłam zrozumieć, co takiego we mnie widział i dlaczego uparł się być ze mną, a nawet chciał razem zamieszkać...

– Powiedz mi coś... Czy ty... – zamilkłam, bo to pytanie okazało się trudniejsze niż myślałam.

– Powiem ci, nawet jeśli nie czujesz tego, co ja – wszedł mi w słowo.

...

To był impuls. Napięcie, które oboje poczuliśmy, gdy tylko opuściliśmy mój stary dom. Prowadził mnie w ciemnościach za rękę, po wyłożonej betonowymi kratami drodze, a pomiędzy nami przepływał trudny do zniesienia prąd. Z daleka ujrzałam oświetlony dom, nieco mniejszy, ale za to wyższy niż ich willa w mieście. Na podwórzu stał samochód Jacka, a na nasze powitanie wybiegły dwa małe kundelki. Nawet zbytnio nie szczekały, za to doberman, którego miałam okazję już poznać, rzucał się w boksie jak wściekły.

– Tędy... – Pociągnął mnie za jakieś ogrodzenie z siatki i usłyszałam w oddali rżenie koni, a zaraz potem poczułam ich zapach.

– Dokąd idziemy...? – Zaniepokoiłam się i niechcący potknęłam, kiedy dosyć mocno szarpnął mnie za rękę.

– Ochrzcimy nasz samochód – odpowiedział tajemniczo.

– Co zrobimy...?

– Nie jest jeszcze na chodzie, ale to będzie „killer" szos. Zobaczysz... – wydyszał i po chwili ujrzałam stojącego pod drewnianą stodołą d i a b ł a.

Inaczej nie mogłam go nazwać. Nawet nie wiedziałam, co to była za marka. Był czarny, miał szerokie opony, a z jednej strony na drzwiach widniała jasna plama, jak się domyśliłam po szpachlowaniu.

– Podoba ci się?

– Jest... zajebisty – stwierdziłam z zachwytem, przyglądając się opływowym kształtom.

– To wskakuj na tylne siedzenie... – zaproponował z błyskiem w oku.

„Nie mów, że nigdy tego nie robiłaś na tylnym siedzeniu..." – przypomniał mi demon.

Oczywiście miałam gdzieś wszystkie podszepty. Byłam tak napalona, że zrobiłabym to z nim nawet na masce.

– Nie zamykaj drzwi... – poprosiłam, po czym wskoczyłam na siedzenie i momentalnie odbiłam się od niego jak piłka.

– Nie zamknę – zapewnił i zdjął koszulkę, a następnie zanurkował do mnie.

Wokół pachniało paliwem, smarem i wsią. Pachniało nim... jego spoconym i rozgrzanym ciałem. W tej chwili był to dla mnie najbardziej podniecający zapach, jaki mogłam sobie wyobrazić.

– Tak bardzo cię chcę, że aż mnie rozsadza... – wydyszał bezwstydnie w moją szyję, na co zachichotałam i pomogłam mu zdjąć moją koszulkę, a następnie resztę ubrań.

Opuściłam głowę na siedzenie, podczas gdy nasze nogi, znajdowały się na zewnątrz, a właściwie, to tylko dwie, bo jedną miałam ugiętą w kolanie i przyciśniętą do siebie, a jego druga oparta była gdzieś poza siedzeniem.

Wszystko wokół aż dudniło, a samochód kołysał się wraz z nami. Nawet psy ucichły i byliśmy tylko my. Nasze oddechy, urywane szepty i odgłosy spoconych ciał...

Nie widziałam dokładnie rysów twarzy, tylko nikły odbity blask w jego oczach i rozchylone wargi... Przysuwały się, ssały i odsuwały. Zęby delikatnie kąsały, a język...

„Boże, co za jazda..." – wypuszczałam i wciągałam głośno powietrze...

„Boże, nie mamy gumki...!" – nagle oprzytomniałam i zesztywniałam jak kłoda.

„Ups".

– Czekaj... Zaczekaj...

– Co się stało? Boli...? – Zatrzymał się, nadal tkwiąc we mnie.

– Nie mamy gumki...

Nigdy nie sądziłam, że można się tak zapomnieć, ale nam się to właśnie przytrafiło...

– Cholera... Przepraszam...

– Nic nie szkodzi. – Opuściłam głowę na siedzenie i zerknęłam przez boczną szybę pokrytą kurzem.

– Szkodzi, przepraszam – powtórzył głośniej i zawisł nade mną na drżących ramionach. – Doszedłem... raz, nie czułaś? – wyznał ochryple.

„Ups podwójne i co teraz?" – pomyślałam skołowana, ale mój zdrowy rozsądek i odpowiedzialność od razu pokazały mi środkowy palec. A może, byłam tak zaślepiona i zakochana, że wszystko mi było jedno?

Chwyciłam go w pasie, przyciągnęłam z powrotem i wypchnęłam biodra w górę. Teraz, to ja przejęłam „stery".

– Co robisz? – zapytał zaskoczony.

– Ja ciebie też... – mruknęłam i jego usta natychmiast zgniotły moje...

...

– Nie martw się, wszystko jest w porządku i... było cudownie – wyznałam, wciąż czując gorąco na całym ciele.

– Obiecaj mi coś. – Uniósł wyżej kolana i przesunął na nie moją głowę.

– Niczego nie lubię obiecywać, ale postaram się. – Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Zostań, chociaż do poniedziałku, odwiozę was. Chciałbym pokazać ci jedno miejsce... Nie uciekaj bez słowa, a jeśli będziesz miała taki zamiar, to chociaż zadzwoń, dobrze?

„Był taki słodki, że gdybym miała jeszcze siłę...".

– Postaram się. Muszę jeszcze to przemyśleć na spokojnie. Nie zrozum mnie źle, ale ja naprawdę dam sobie radę. Zawsze sobie jakoś dawałam – mruknęłam bez przekonania. – Dobra, zrywam się, zanim zaczną mnie szukać...




Nie chciałam, żeby Sebastian mnie odprowadzał. Przebiegłam ścieżką rowerową jakieś kilka minut, a potem na widok wyjeżdżającego samochodu Adama z bramy, schowałam się w przydrożnych krzakach, czekając, aż przejadą.

Następnie zamknęłam bramę i spojrzałam na okna dachowe, w których wciąż paliło się światło.

– Dałaś popis, nie ma co. Co ci znowu strzeliło do głowy, co? – Napoczęła mnie Marysia, kiedy zdejmowałam buty.

– A co? Adam ci nie wyjaśnił? – Spojrzałam na nią z boku.

– Nic mi nie wyjaśniał, bo nie ma czego wyjaśniać. Gdzie byłaś? – Szybko zmieniła temat, ale nie ze mną były takie numery.

– Ty też przyjęłaś od niego jałmużnę? – zapytałam, opierając się o garderobę.

– Jaką jałmużnę, o czym ty mówisz?

– Daj spokój... Nie pracujesz, nie masz dochodu, więc co? Handlujesz kaczym puchem, czy sprzedajesz jajka jak przekupka? – zadrwiłam.

– To nie twój interes skąd mam pieniądze. Ważne, że je mam. – Założyła ramiona na piersiach. – Dziękuję, że popsułaś nam kolację. A tak przy okazji... Zaniosłam na górę nową pościel. Mały się zmoczył – dodała i wróciła do kuchni.

Była zła, ale miałam to gdzieś. Mogła sobie przyjmować korzyści od kochanka, ale ja nie miałam zamiaru iść w jej ślady.

– Tak mnie, wkurzyliście, że musiałam się trochę spocić z Sebastianem i było ekstra... – rzuciłam złośliwie w stronę kuchni i ruszyłam na górę.

Marcin siedział w pidżamie na podłodze i oczywiście kierował swoją zabawką...

– No i co się stało? Nie masz nóg, żeby zejść do ubikacji? – zapytałam, ale na jego widok cała złość ze mnie opadła.

– Ma...ma – bąknął tylko i z powrotem wdrapał się na fotel.

– Taaa... ta twoja mama, to... szkoda słów, wiesz? – prychnęłam, zerkając na kalendarz w komórce.

Musiałam umyć i przebrać Bąbla. Sama też doprowadzić się do porządku. Jutro będę się zastanawiała, co dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz