piątek, 2 września 2016

Jastrzębie - Rozdział 39.



Strach podstępnie zawładnął moim ciałem i zdezorientował. Bałam się obejrzeć za siebie, a byłam już rozpędzona, lecz w końcu musiałam to zrobić. Zerknęłam przez ramię i wówczas poczułam ból w ramieniu, nadziewając się na wystający z drzewa suchy kikut, ale dopiero tępe uderzenie w głowę powaliło mnie na ziemię.

Upadłam jak długa. Zanim jednak straciłam przytomność, zdołałam zamglonym wzrokiem uchwycić stado spłoszonych saren, zbiegających pędem ze zbocza i usłyszeć za sobą plusk wody, wzburzonej przez rozbryzgujące strumień kopyta...



– ... znajomo, to ona?


– Bądź cicho... Całe szczęście, że oddycha... Cholera, co ci strzeliło do głowy?

– Przenieśmy ją...

– Nie! Nie wiemy, czy czegoś sobie nie uszkodziła. Masz telefon przy sobie?

– Nie mam.

– No to super, idioto... Leć do mojego auta, masz kluczyki. Komórka jest w schowku. Zadzwoń po karetkę i nakieruj ich na drogę wylotową, będzie bliżej...

– Nie mogę...

– Co? Co ty pieprzysz? Zasuwaj, ale już!

– Idę... idę...

Słyszałam całą rozmowę, ale nie wiedzieć dlaczego bałam się otworzyć oczy. Sama rozmowa też była dziwna, jakby toczyła się gdzieś daleko i docierała do mnie wraz z echem. Głowa pulsowała i piekła mnie skóra. Odczuwałam ból, ale to chyba dobrze?

Gdyby nie on z pewnością zaśmiałabym się ze swojej naiwności. To było tylko stado saren, a ja... czego się spodziewałam? Hordy goniących mnie tubylców? Gdybym nie biegła, nie zderzyłabym się z drzewem, prawda? Czy to było drzewo, czy naprawdę zostałam uderzona? Myśli kłębiły się w obolałej głowie i ponownie ogarnął mnie niepokój.

Ktoś lekko pociągał za moje włosy, wybierając z nich szeleszczące liście... Potem odgarnął przyklejone do czoła kosmyki i zdjął z policzka jakieś paprochy...

Powieki rozluźniły się i pojawiła się różowa poświata. Zamrugałam, reagując w końcu na światło i dotyk. Nabrałam głębiej powietrza i skrzywiłam się.

– Leż i postaraj się nie ruszać... – Usłyszałam tym razem wyraźnie, tuż nad sobą.

Nie poruszając głową, skierowałam wzrok na pochyloną postać. Obraz wyostrzył się i pociemniał.


– Ja...cek? – wypadło z moich ust i dopiero wówczas poczułam suchość w gardle.

– Leż i nic nie mów, niedługo przyjedzie karetka...

– Karetka... Karetka? – Zareagowałam energicznie, uderzając jedną nogą o ziemię. – Nie chcę... nie karetka, proszę... – Zaczęłam protestować.

– Tym razem to nie żarty. Uderzyłaś się mocno w głowę, straciłaś przytomność i możesz mieć wstrząśnienie mózgu...

– Nie, nie rób mi tego. Nie chcę karetki, nie chcę szpitala, proszę... – błagałam, próbując się podnieść, ale uparcie przytrzymywał mnie na ziemi.

– Nie histeryzuj... – W jego głosie ponownie pojawił się znajomy chłód.

– Puść mnie... – Spięłam się i chwyciłam go za ramię. – Pozwól mi wstać, niedobrze mi... – skłamałam, czując pod palcami napięty mięsień.

– Cholera... – zaklął pod nosem. – Ale jesteś upierdliwa – stwierdził, wciąż unieruchamiając mnie w jednej pozycji.

– Puszczaj, bo inaczej powiem, że to ty mnie zepchnąłeś... – wydusiłam niepewnie, wodząc wzrokiem za fruwającymi mroczkami otaczającymi jego twarz.

Lodowate oczy rozszerzyły się z niedowierzania i pociemniały.

– Chyba naprawdę mocno się uderzyłaś i pomieszało ci się w głowie – odparł z tym samym chłodem.

– Może tak, może nie. Nie wiesz, w czyje słowa uwierzą – oznajmiłam, czekając, aż odpuści.

Tym razem na jego twarzy pojawił się cień niepewności. Powoli uniósł się i uwolnił mnie od swojej bliskości.

Wiedziałam, że za chwilę wszystko wróci do normy i zacznie mieć pretensje, wysuwając przeciwko mnie swoje cięte uwagi. Nic jednak takiego się nie stało. Po prostu usiadł obok i głęboko się zamyślił. Nogawki jego czarnych jeansów i glany umazane były błotem. Od dołu rękawa ciemnej koszulki przez biceps, prawie do samego łokcia ciągnęło się dosyć głębokie zadrapanie. Poza tym wyglądał śmiesznie ze splątanym na głowie kokiem... Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, szybko odwróciłam wzrok.

– Dziękuję za troskę... – mruknęłam i krzywiąc się, podniosłam do pozycji siedzącej.

– To nie troska, tylko ludzki odruch – skwitował.

– Kto to był...? Ten chłopak wcześniej...

– Słyszałaś? – Wyglądał na zdziwionego i zaniepokojonego.

– Coś tam słyszałam, ale nie wszystko zrozumiałam – odpowiedziałam, po czym ostrożnie dotknęłam bolącego miejsca i poczułam pod palcami wilgotną lepkość oraz posklejane włosy tuż poniżej czubka głowy.

– Mogę zobaczyć?

– Jasne... – Opuściłam ręce, a on uklęknął z tyłu za mną i ostrożnie rozgarnął włosy.

Spięłam się w obawie, że jest gorzej, niż oceniłam to dotykiem.

– Nie widzę... mózgu... – zagaił cicho.

Nie wytrzymałam i na jego słowa parsknęłam. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale momentalnie wykrzywiłam usta i zerknęłam na niego przez ramię.

– Ahle... mieee poklenciło... – wysepleniłam, udając paraliż.

Spojrzał na mnie jak na idiotkę i po chwili również parsknął śmiechem.

– Od początku wiedziałem, że jesteś zdrowo szurnięta... – skwitował i jego chłód gdzieś się rozpłynął.

Siedzieliśmy tak przez chwilę, upajając się tym niezwykle naturalnym i spontanicznych zachowaniem. On za moimi plecami i ja, wsłuchująca się w jego dźwięczny śmiech, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.

– Muszę się zbierać. Zostawiłam matce Bąbla, a nie ufam jej zbytnio – oświadczyłam, opuszczając głowę.

– Trzeba zaszyć ranę, jest dosyć duża i pozostanie blizna – zagaił tym razem poważnie.

– Mam już jedną, druga nie zrobi mi różnicy – odparłam cicho.

– Gdzie?

Podniosłam głowę i rozgarnęłam włosy nad czołem.

– Tutaj z boku... – Wskazałam palcem.

Kiedy pochylił się, ponownie znalazłam się w cieniu, a jego ręka przypadkowo dotknęła mojej. Poczułam zapach koni, ziemi i żywicy...

– To musiało... naprawdę boleć – oznajmił, po czym wycofał się na swoje poprzednie miejsce.

– Nie pamiętam zbyt wiele, ale w szpitalu bolało gorzej... – wyznałam, przyklepując z powrotem fryzurę.

– Słyszałem o tym...

„Tak, na pewno więcej ode mnie, jak zwykle" – pomyślałam, z trudem przełykając ślinę.

– Wracam, a ty zajmij się karetką. Naprawdę żałuję, że znowu sprawiłam komuś kłopot... – Podniosłam się i otrzepałam z igliwia oraz liści.


O dziwo byłam stabilna i miałam dość siły, by sama dotrzeć do domu.

– Odprowadzę cię i złapiemy ich na górze. Znając naszą służbę zdrowia, to może jeszcze nawet nie wyjechali z miasta.

Nie prostestowałam, a gdy weszliśmy na łąkę, dostrzegłam biegnącą w naszym kierunku postać.

–Jarek wraca...

–Jarek?

– Mój kumpel od sparingu, o którego pytałaś. To jemu kazałem zadzwonić...

„Jakiego znowu sparingu, do jasnej ciasnej?" – spojrzałam na niego kątem oka.

...
Matka była bardziej wkurzona niż ekipa karetki, której główny ratownik psioczył na zabitą dechami dziurę i kołowanie po lesie bez celu. Oczywiście dla spokoju wszystkich, zawieziono mnie na pogotowie, gdzie oczyszczono i zszyto ranę na mojej biednej głowie, a także opatrzono tę na ramieniu. Dostałam też skierowanie do szpitala na prześwietlenie, na które oczywiście nie poszłam.

„Będę miała drugą bliznę i co najśmieszniejsze, zafundowałam ją sobie w tym samym lesie. O wygolonym, łysym placku już nie wspomnę" – zmartwiłam się.

...

– Na serio płakał za mną? – Zdziwiłam się, podrzucając Bąbla na kolanach.

– Meczał i beczał jak te kozy u sąsiadów dwa domy dalej. Myślałam, że chce kupę, ale potem zaczął „mamać" – Maryśka wywróciła oczami i dolała sobie kawy.

– No popatrz, musiałam sobie kuku zrobić, żebyś w końcu mnie zauważył. – Westchnęłam do niego.

– Po coś w ogóle tam znowu polazła, co?

Spojrzałam na poważną minę matki i zauważyłam, że chyba ją też w końcu coś ruszyło.

– Myślałam... Nie wiem, nogi same mnie zaprowadziły. Myślałam, że przypomnę sobie coś jeszcze i być może pomoże to w złapaniu sprawcy, ale po tylu latach ledwo rozpoznałam miejsce i... tak się bałam. To były tylko spłoszone sarny... – Mój głos załamał się i przytuliłam Marcina.

– Dobrze, że Jacek tam był, bo kto wie, jakby to się skończyło. Masz więcej szczęścia niż rozumu, dziewczyno – podsumowała.

Jacek.

Chodząca, czarna enigma napędzana lodem. Nadal nie pałałam do niego sympatią, ale tam w lesie coś jednak się zmieniło. Napięcie między nami nieco zelżało, aczkolwiek jeszcze trudno to było nazwać porozumieniem. Nie powiem, bo zaintrygował mnie, pokazując się z trochę bardziej „ludzkiej" strony.

Moje myśli, na co nic nie mogłam poradzić, zanadto odbiegły w stronę przyrodniego brata i z tego wszystkiego zapomniałam nawet o wcześniejszej rozmowie na temat Sebastiana.

...

– Sól dodaj na końcu każdej warstwy zaraz po przyprawach, inaczej pomidory wypuszczą za dużo wody i nie krój cebuli w kostkę, tylko oczka... Tu masz oliwę z oliwek, a w tej ciemnej butelce ocet balsamiczny. Nie przesadź z nim, kilka kropel wystarczy... – tłumaczyła Maryśka.

– A papryka? Mam skroić wszystko?

– Papryki nigdy za dużo i też nie krój w kostkę, tylko cienkie paski. Pamiętaj, żeby każdą warstwę przyprawić i skropić octem i oliwą.

– Już to mówiłaś, idź już, dam sobie radę – przepchnęłam ją biodrem.

– Lubisz słonecznik?

– Dawno nie jadłam.

– Powinien być już dobry, więc przyniosę kilka... Wezmę telefon, gdybyś jednak miała z czymś problem.



Lek przeciwbólowy nadal działał i czułam się ogólnie dobrze. Miałam dosyć energii, żeby nie kisić się w łóżku. Chciałam być potrzebna i przy okazji zająć czymś myśli. Sebastian napisał mi, że załatwia w mieście jakieś sprawy ze szkołą i wróci na grilla, a Adam, z tego, co mówiła Maryśka, pojechał z żoną do lekarza. Zarówno matce, jak i Jackowi zabroniłam mówić o moich żałosnym wypadku, ale oczywiście długo pod chustką nie ukryję łysego placka. Najgorzej będzie, kiedy wrócę do pracy, bo będę musiała to przecież jakoś zakamuflować...


To miał być czas mój i Bąbla, ale matka była tak zaoferowana, a mały wyraźnie się jej uczepił, że nie miałam sumienia trzymać go od niej na dystans. Zresztą, tak było mi też wygodniej. Mogłam odpocząć przy domowych pracach i poudawać trochę, zabawiając się w „Dom". Sałatka według przepisu matki, która miała być dodatkiem do grilla, wyszła nawet lepiej, niż przypuszczałam.

Kiedy zadzwoniła moja komórka i zobaczyłam, kto dzwonił, miałam ochotę walnąć głową o ścianę...

– Dzień dobry... Przepraszam, miałam zadzwonić... wiem, ale taka jestem skołowana tym wszystkim, że zupełnie zapomniałam... – Zaczęłam się od razu tłumaczyć.

Spokojnie, Różo i dobry, jak najbardziej. Więc mam rozumieć, że u was wszystko w porządku? – zapytał dyrektor.

– Tak, wiejskie życie zdecydowanie służy Marcinowi, mnie zresztą też. Właśnie szykujemy grilla... – skłamałam.

Cieszę się, że w końcu dogadałaś się z rodziną – Usłyszałam zacięcie w jego głosie. – Dzwonię też w innej sprawie... W przyszłym miesiącu grupa naszych dzieciaków wyjeżdża do Francji. To nie jest zwykła wycieczka, raczej coś w rodzaju obozu edukacyjnego i właśnie chciałem się dowiedzieć, jak się zapatrujesz na uczestnictwo Marcina w tym projekcie...?

Coś zakłócało połączenie, a na słowo „Francja" spięłam się i po plecach przeszedł mi dreszcz.

Różo?

– Tak, słucham. Coś przerwało na chwilę. Obóz... ale na jak długo? – Zaniepokoiłam się.

Dwa tygodnie. To szansa dla niego, poza tym dzieciaki jadą w grupie i będą pod opieką naszych wychowawców, ale potrzebujemy też twojej zgody na piśmie – wyjaśnił.

– Rozumiem. Dwa tygodnie, to w sumie nie tak długo – stwierdziłam, oddychając z ulgą.

Czyli mogę spokojnie wpisać go na listę, tak? – Upewniał się.

– Tak... ale będę miała tam z nim jakiś kontakt, prawda?

Oczywiście, otrzymasz numer bezpośrednio do jego opiekuna – odpowiedział zadowolony. – To... – Westchnął głośno. – W takim razie, będę czekał na wasz powrót i życzę udanego wypoczynku – pożegnał się.

– Do zobaczenia – powiedziałam, nieco skołowana.

„Jakie życie jest dziwne" – pomyślałam. Kiedyś byłam wzorową wychowanką, dobrze się uczyłam, a jednak wymiana do Francji przeleciała mi koło nosa, a teraz... Mój Bąbel, który porozumiewał się przez większość czasu niezrozumiałym bełkotem, pojedzie tam, gdzie mi niedane było pojechać.

Sprzątnęłam blat roboczy i umyłam naczynia, a sałatkę wstawiłam do lodówki. Nie miałam pojęcia, jakie mięso będzie na grillu i czy tak jak ostatnim razem zejdzie się cała „familia".

Przez otwarte okno usłyszałam nadjeżdżający samochód, a potem trzaśnięcie drzwi...

– Mario...? Te browary zostawić na zewnątrz, czy chcesz wrzucić kilka...

Odwróciłam się i spojrzałam na wejście.

– ... do lodówki – dokończył i zamilkł, stojąc ze skrzynką w ręku.

– Matki nie ma, wzięła Bąbla... – Zamarłam. – Cholera... wzięła go do kucyków... – Wytarłam wilgotne ręce o ścierkę i ruszyłam do drzwi.

„Skoro on tu był, to gdzie byli oni?" – zadrżałam z obawy.

– Spokojnie... – Zagrodził mi drogę, co wcale nie było trudne.

– Przepuść mnie, muszę...

– Jak do kucyków, to są z Piotrem w zagrodzie na mojej łące – wyjaśnił spokojnie, po czym odstawił skrzynkę na podłogę i rozłożył ramiona na całej szerokości, opierając ręce na futrynie.

„Tylko popatrzcie, jakie ma nadęte ego" – zaburczał agresor.

Złapałam się na tym, że zupełnie tu nie pasował. Nie pasował do farmy, nawet swoich koni, a co dopiero do kucyków, a już z pewnością nie do tej wsi... Jakby wyskoczył z autokaru jakiejś metalowej grupy... Zamrugałam zdziwiona, kim do diabła jest Piotr?

– A jak... coś się stanie? Kim jest Piotr? – zapytałam skołowana, nie odrywając wzroku od jego nowego, oczywiście czarnego „umundurowania".

– A co ma się stać? Jak głowa? – Zainteresował się, szybko zmieniając temat.

– Kim jest Piotr?

– Jednym z moich wspólników, pracujemy razem. – Odrzucił do tyłu głowę i potrząsnął ramieniem, pozbywając się włosów z twarzy.

– Nie chcę, żeby mały kręcił się wśród obcych...

– Wyluzuj.

– Zwracasz się do moje matki, Mario?

– Yhm, ją też traktuję jak wspólniczkę, bo poniekąd nią jest. Wyświadczamy sobie sąsiedzkie przysługi. – Wykrzywił usta i obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem od góry do dołu.

„Je zu, dlaczego znowu tak się denerwuję...?" – wstrzymałam oddech i wycofałam się dwa kroki, by oprzeć plecy o ścianę.

– Wrzucę kilka do lodówki – mruknął.

Patrzyłam, jak wyciąga kilka butelek na raz, a potem przemierza kuchnię...

„Facet nie powinien mieć takich włosów" – pomyślałam i od razu zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób udawało mu się utrzymać je w takim stanie.

– Nadal spotykasz się z Kaśką? – wypaliłam, zanim pomyślałam i miałam ochotę walnąć sobie w łeb.

– Dlaczego to cię interesuje? Znowu rozpamiętujesz to, co widziałaś w parku? – zapytał z lekką kpiną.

– Ja? No wiesz? – oburzyłam się. – Nic nie rozpamiętuję, po prostu pytam, bo to moja koleżanka z pracy, to chyba normalne, nie? A skoro jesteśmy... – urwałam zażenowana.

„No właśnie, kim dla siebie byliśmy?".

– Jesteśmy...? – powtórzył, po czym zamknął lodówkę i spojrzał na mnie ze zdziwieniem, wkładając ręce do kieszeni.

– No wiesz...

– Słońce... nie wiem...

„Ups". „Jakie słońce?" – zmrużyłam oczy, nie rozumiejąc, dlaczego tak się do mnie zwrócił.

– Mamy tego samego ojca – powiedziałam cicho.

– No i? – Wyprostował się i ponownie przywdział swoją „demoniczną" aurę, napinając mięśnie pod obcisłym podkoszulkiem na długi rękaw.

– Już nic – ucięłam zrezygnowana.

– Ten ojciec adoptował i wychował chłopaka jak swojego syna, a ty, co zrobiłaś? – Powoli ruszył w moim kierunku.

– Nie zaczynaj. Dobrze wiesz, jak było – odparłam, wytrzymując jego spojrzenie.

– Miałaś okazję się wycofać, rozmawialiśmy o tym. Nie czujesz się z tym dziwnie? W sumie Sebastian, to też jak twój brat. – Wykrzywił usta w typowy dla siebie cyniczny sposób.

– Ja... – zamilkłam, kiedy zatrzymał się przede mną.

– Ty, co? Kochasz go, czy tylko się z nim pieprzysz, bo podniecają cię takie skrajne związki...

Jego bezpośredniość i chropowaty głos, poraziły mnie jak prąd.

– C...co? – Oburzyłam się i chciałam go odepchnąć, gdy naruszył moją przestrzeń. – Nie mam zamiaru się tobie tłumaczyć – dodałam stanowczo.

– Ja tobie też, więc nie wyobrażaj sobie za wiele, bo nigdy nie będziemy rodziną, a ty nigdy się z nim nie zwiążesz – podsumował, zaglądając mi w oczy.

Zabrzmiało to groźnie i zbyt pewnie, ale już się go nie bałam. Gdyby chciał mnie skrzywdzić, dawno by to zrobił.

– Masz rację. Nigdy nie będziemy... – wydusiłam, łamiącym się głosem.

Nawet nie starałam się ukryć rozczarowania. Po prostu wyminęłam go i uciekłam na górę.

– Słońce...?

– Wal się...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz