niedziela, 12 czerwca 2016

Zapach czerni - Rozdział 05.


Jak ćma do płomienia.


– I co tak myślisz, jak myśliwy? – parsknęła Maria, która od kilku minut siedząc na podłodze, przyglądała się pralce pełnej stojącej wody. – Czy nie mówiłam ci, że to Łachudra i włóczy się po nocach? Teraz widzisz, jaka z niej koleżanka, lepiej daj se z nią spokój i trzymaj się z daleka od tego towarzystwa, bo ludzie i o tobie zaczną to samo gadać – ostrzegła.

Alina była zawiedziona i smutna. Nawet zdjęła bransoletkę, którą zaczęła nosić na znak ich przyjaźni, kryjąc ją głęboko w szafie pod pościelą. Postanowiła, że już więcej nie zajrzy do Ćwiarteczki i będzie czekała, dopóki Baśka sama się do niej pofatyguje. W duchu wierzyła, że przyjaciółka przedstawi jej jednak jakieś konkretne wytłumaczenie.

– No nie mam pojęcia, co jest z tym automatem. Jeszcze w tamtym tygodniu ładnie mi opierał i spuszczał wodę, jak należy... – Podniosła się z klęczek i załamała ręce. – Wychodzi na to, że trzeba mi rozejrzeć się za nowym, a to cholerstwo strasznie drogie jakby ze złota było – dodała strapiona.

– Może włączmy inny program, żeby tylko wody się pozbyć? – zagaiła obojętnie Alina.

– Już drugi raz załączam i cholera wie, może coś się zawiesiło? Że też cię podkusiło w niedzielę pranie robić, może to kara boska? Trzeba zaraz fachowca poszukać, bo do jutra to nam się cały majdan ukisi – wyjaśniła niezadowolona, spoglądając krzywo na wnuczkę.

– Przepraszam, nie wiedziałam, że w niedzielę nie można...

– Dalij, wzuwaj pantofle, suknie jaką i szykuj się, inaczej ostatnie doleziemy i wszystkie ludzie patrzeć na nas będą – ponaglała Maria, przeciskając się obok niej.

– Nie chce mi się, babciu. Jak sobie pomyślę, że zobaczę tam Baśkę, która pewnie zadowolona z siebie będzie, to mi się przykro robi. Za tydzień pójdziemy razem, jak mi przejdzie...obiecuję... – tłumaczyła się.

– Ty mnie tu nie cygań i tym Czupiradłem oczu nie mydlij, tylko wkładaj świąteczne ubranie i nie dawaj Bogu takich wymówek – wybuchła rozsierdzona. – A Baśką się nie martw, bo sczochrana pewnie po wczorajszym i jeszcze śpi. Ino Jankę spotkam, to jej powiem, żeby tę dziewuchę nazad do miasta wygnała, skoro i tak tylko włóczenie jej w głowie. – dodała nieco spokojniej, obracając się na pięcie.


Maria coraz mocniej dokręcała jej śrubę, ale po wczorajszym, Alina musiała jej przyznać trochę racji. Dyskutować o niedzielnej mszy też nie było sensu. Szybko przebrała się w zwiewną zieloną sukienkę etno, którą dostała od matki, wyjęła z pudełka brązowe sandałki i zaplotła warkocz. Wyglądała skromnie jak zawsze i nigdy nie ubierała się wyzywająco.

Na jej widok, babce zaświeciły się oczy, a twarz od razu rozpromieniała.

– No i popatrz, jaka z ciebie ładna panna. Baśka przy tobie to kocmołuch. – stwierdziła z zadowoleniem.

– Oj tam... – jęknęła Alina. – To przez te czernie, które zaczęła nosić. Kilka lat temu sama mówiłaś, że wyglądamy jak siostry – wtrąciła z lekkim uśmiechem.

– A i owszem – przyznała Maria. – Ale nikt jej się w Zmorę zmieniać nie kazał. Sama z siebie Czupiradło zrobiła – dokończyła z niesmakiem.

piątek, 10 czerwca 2016

Zapach czerni - Rozdział 04.


 

  Złe intencje.



– Bój się Boga dziewczyno, wpadłaś jak pierun, co się stało? – zapytała Maria, stając za progiem na jej drodze. – Coś taka zgrzana...? – Przyjrzała się wnuczce podejrzliwie.

– Zaczęły się trudne dni. – Alina wykrzywiła się i przecisnęła obok.

– Trudne? – Zdziwiła się, jakby nie rozumiała.

– Oj, Babciu...okres dostałam – szepnęła nerwowo.

– Aaa... – Załapała w końcu i pochyliła się z kwaśną miną. – Masz kolejny powód, żeby nie iść do tego Czupiradła – mruknęła cicho, marszcząc orli nos. – Dalij, wyzuwaj się z tych butów i portek, a potem do stołowego siadaj, bo czekamy na ciebie – dodała głośniej, kierując się do kuchni.

Nie było o czym dyskutować. Alina czym prędzej pobiegła do pokoju, zrzuciła plecak i wyciągnęła z szafy czyste ubranie oraz bieliznę. Trzymając je w garści, udała się do łazienki, w której od razu zamknęła się na klucz.

– Za wcześnie na okres, za wcześnie... – mruczała cicho pod nosem. Przez ostanie dwa lata, wszystko u niej działało jak w zegarku. Według obliczeń, męczarnia zaczęła się prawie o półtora tygodnia za wcześnie...

– Alinko, wszystko dobrze? Jak chcesz tabletki przeciwbólowe, to są w tej niebieskiej szafce w białym pudełku. – Usłyszała zza drzwi, stłumiony głos babki, oraz drugi nieco cichszy, dochodzący gdzieś z głębi domu.

– Nie babciu, tylko się umyję i zaraz przychodzę – odpowiedziała, szczękając zębami. Dolała więcej ciepłej wody do wanny i zanurzyła się po pas, czując, jak jej umysł rozstraja się wraz z ciałem. Na jej szczęście ciepła woda szybko przyniosła ulgę i rozluźniła mięśnie. Ból minął i pozostał tylko ten dziwny stan, którego nawet nie potrafiła nazwać.



Zapach czerni - Rozdział 03.


 

 Na diabelskim podwoziu.



Alina tak bardzo była wstrząśnięta koszmarem, że kiedy w końcu się z niego wyrwała, przez krótką chwilę nawet nie wiedziała, gdzie się znajduje. Dopiero gdy zaspanym wzrokiem powiodła po wpadających przez okno promieniach porannego słońca, odetchnęła z ulgą i usiadła na łóżku.

Kochała konie. Uwielbiała patrzeć na ich gonitwy, z przyjemnością jeździła w zaprzęgu i podziwiała ich przepełnione gracją ruchy oraz przepiękne grzywy. Jednak ten koszmar odkrył jej prawdziwe lęki. Kochała je, ale panicznie się ich bała. Były piękne, gdy ona stała po drugiej stronie ogrodzenia lub jechała na wozie czy saniach. Umarłaby ze strachu, gdyby znalazła się z nimi oko w oko na otwartym terenie. Nie wiedziała nawet, skąd wziął się u niej ten lęk, ale na samo wyobrażenie takiego spotkania jej serce przyspieszało, traciła oddech i oblewał ją zimny pot.



– I jak ci na tym starym łóżku? Wyspałaś się? – zapytała Maria, która już od rana hałasowała w kuchni i przygotowywała rozmaite smakołyki.

– Wyspałam, dziękuję – skłamała, wpatrując się, jak babcia kroi złożone w rulon ciasto na cieniutkie paseczki. – Wieki nie jadłam twojego pysznego makaronu babciu – dodała, zmieniając temat.

– Wieki to ja go nie robiłam, drogie dziecko. Ostatnio mało co gotuję, bo dla samej siebie to się nie opylo, a i jeść wszystkiego już nie mogę. – Skrzywiła się, prostując kręgosłup. – Nie miałabyś czasem ochoty skoczyć do sklepu? Jakąś naleweczkę albo słodkie wino byś kupiła, bo ostatnią co miałam to do gajówki wyniosłam a ten nicpoń Zygmunt całą wydudlał i nawet nam skosztować nie dał – żaliła się.

Z kubkiem herbaty przy ustach spojrzała na zmartwioną twarz babki i skrycie się uśmiechnęła.

– Pójdę, czemu nie? Tylko coś ubiorę na siebie – odpowiedziała z entuzjazmem.


Pomyślała, że dzięki temu w drodze powrotnej zajrzy do Baśki bez konieczności informowania o tym babki. Minęła dopiero pierwsza noc, a już ją ciekawiło, co było u niej słychać.

Przechodząc koło plebanii, starała się zbytnio nie rozglądać, ale i tak nie uszło jej uwadze, że wszystkie okna na górze były otwarte a z parkingu zniknęła ciężarówka. Od razu pomyślała o tym, jak wymigać się z niedzielnego nabożeństwa. Nie czuła potrzeby, żeby tak od razu kłuć wszystkim w oczy swoją obecnością ani nie była aż tak ciekawa nowego wikarego. „Za tę jedną niedzielę przecież Bóg się na mnie nie obrazi" – pomyślała, przyspieszając kroku.

We wsi były trzy sklepy a najbliższy znajdował się przy głównej drodze niecałe pół kilometra za kościołem. Prowadziła go córka jednego z gospodarzy, który zaopatrywał go w świeże warzywa i owoce.

Ledwo wyszła zza zakrętu, zostawiając za sobą kościół, a już z daleka ktoś za nią wołał.

Zapach czerni - Rozdział 02.





 Patrzysz i nie widzisz.




– W domu wszystko dobrze? – Zapytała babcia, przyglądając się rozłożonym na dywanie bagażom.

– Tak. Tato zdrowy, mama... to sama wiesz, a Robert obiecał, że jak będzie jechał do Polski, to tu do ciebie zajedzie w odwiedziny i przy okazji zabierze mnie do domu.

– Ech, biedne dziecko tak po świecie się włóczy, choć ma co z tego? – Maria przysiadła na łóżku, wyciągnęła z rękawa chustkę i przetarła okulary.

– Zbuntował się i postawił tacie. Powiedział, że nie wróci na stałe, bo dobrze mu płacą i obaj się powadzili. Mama się za Robertem wstawia, ale tato nie odpuszcza. Żal mu, bo z myślą o nim ten dom zbudował – odpowiedziała zamyślona.

– Może jeszcze mu się odwidzi, jaką pannę pozna i nazad wróci – Łudziła się.

Alina nie mogła wyznać jej prawdy. Nie po tym, co tu usłyszała, a nawet jeśli babcia miałaby bardziej otwarty umysł to nadal była związana obietnicą. Kiedy odkryła grzeszny sekret brata, ten nakazał przyrzec jej, żeby nikomu go nie wyjawiała, inaczej nigdy więcej go nie zobaczy. Nawet rodzice nie wiedzieli, że Robert był gejem.

– Mogę to przenieść na dolną półkę? Chciałabym tu ułożyć książki... – Szybko zmieniła temat, dotykając sterty wykrochmalonej pościeli.

– A przenuś co chcesz Słońce, a jak się nie zmieścisz, to wyciąg te moje na łóżko, do swojej szafy zabiorę. – Westchnęła ciężko. – Ech, nic... Idę tę kurę sprawić, a ty się tu rozkładaj i odpocznij. Jutro gościa na obiad zaprosiłam. – dodała niby mimochodem.

– Ja do Basi tylko skoczę. Pokażę, że jestem, bo podobno o mnie pytała i jak wrócę to ci pomogę... Gościa? – urwała z zaciekawieniem.

Zapach czerni - Rozdział 01.


 

 Zmiany.



Kiedy zmiana nie jest konieczna, koniecznie należy niczego nie zmieniać.

Lucius Cary. 



Przejażdżka wozem przez wieś dla niektórych mogłaby wydawać się niezłym obciachem, lecz nie dla niej. Podskakiwała co chwilę na miękkim siedzisku, chichocząc jak dziecko ku uciesze starego kowala. Ten nawet nie popędzał swojego gniadego Maćka, który żwawo wywijał ogonem, omiatając się od natrętnych much. Widać było, że koń ma już swoje lata, ale jeszcze dawał radę i równiutko wybijał swój rytm na rozgrzanym, dziurawym asfalcie.

Przez te trzy lata, Czarne Błota zmieniły się nie do poznania. Przybyło kilka nowych domów i jak zauważyła, skupione one były na uboczu, tworząc jakby odrębną część, którą dodatkowo odgradzał strumień. Wyglądało to tak, jakby osiedliła się tam liczna familia. Położono nowe dachy, niektóre domki odmalowano, a w ogródkach pojawiły się huśtawki i altany. Na podwórkach stały ciężkie zagraniczne ciągniki, błyszczące auta i widać było, że ludziom się lepiej wiedzie.

– Wyrosłaś i poważna z ciebie panna – zagaił kowal, skręcając w stronę kościoła, gdzie po chwili uchylił czapkę, nim zdążyli minąć kapliczkę. – Nic tylko kawalera trza tobie szukać i do ożenku cię rychtować – dodał wesoło.

– Oj, tam zaraz do ożenku. – Obruszyła się. – Dopiero maturę zdałam i na studia bym chciała – dodała z dumą.

– Kaj znowu? Ech...

– Jeszcze nie wiem, czy mnie gdzieś przyjmą a jak nie, to i tak w mieście zostanę i pracy poszukam – wyjaśniła niepewnie.

Jej uwadze nie uszło też, że i kościółek został odnowiony a ogrodzenie wokół wymienione. Stary, drewniany płot został zastąpiony nowymi, kutymi przęsłami a teren wokół przybytku wyłożony granitowymi płytami. Piętrowa plebania zaś, nadal była z czerwonej cegły w ogóle nieotynkowana. Za nią, odbywały się jakieś budowy, leżały hałdy drzewa i materiałów budowlanych. Zbudowano też parking naprzeciw niej, w miejscu, w którym kiedyś pasły się kozy i rosło dwanaście starych dębów.

– Nie ma dębowej łączki... – stwierdziła, nieco zdziwiona.

– Ano nie ma. Marcinowi się zmarło, a że syn jego nierobotny a matka chorowita, to ziemi się pozbył i na proboszcza zdał.

– Niby wiele na dobre się zmieniło, a jednak żal – powiedziała, zamyślając się z nostalgią.

– Stare się kruszą, wymierają i młode teraz tu rządzą, a gupie nygusy, że strach. Na msze nawet z tymi brzęczącymi pudełkami przychodzą i nawet modlić się nie można, a bezczelne to takie, że ma zasięg, jak sam diabeł – prychnął z niezadowoleniem.

– A babcia? Jak sobie radzi?

– Maria pewnie u sąsiadów je, a jak nie, to u tej nowej, co do gajowego przyjeżdża, żeby doglądać biedaka, bo rozum postradał, jak mu syna zamknęli – odpowiedział, poprawiając czapkę na głowie.

– Nowa? A co znowu Witek nawywijał?

– Ech, ciężki szaber go skusił i kable gdzieś pozdejmowali. Energetyka wozami z policją wpadła i dopiero go w lesie, kaj stara strażnica, z tymi klunkrami zdybali. Obrzynali do żywej miedzi, żeby na sprzedaj wyszykować. Wstyd na całą wieś. Nie dość, że baba go zostawiła, to jeszcze syn takiej poruty narobił. A nowa, to jakaś daleka kuzynka gajowego, m i a s t o w a – przeciągnął. – Ciemne chleby kupuje i miętki papier, taka wydelikacona. – Zaśmiał się ochryple.

Witek nigdy nie kwapił się do roboty. Skłonny do bijatyk, patrzył, tylko żeby coś ukraść, a potem sprzedać. Pamiętała jak któregoś lata, komórkę babci przegrzebał i narzędzia po dziadku ukradł, a potem handlował nimi na ryneczku. „Jednego złodzieja mniej" – pomyślała.

– Basi pewnie jeszcze nie ma? – zapytała, kiedy mijali dom Janiny Ćwiarteczki, do której przyjeżdżała jej przyjaciółka.

– Baśka je... Już tydzień temu przyjechała i o ciebie pytała, ale jak samograja nie słychać to pewnie śpi, leniwa koza. Zmieniła się dziołcha nie do poznania – odpowiedział, kiwając głową z dezaprobatą. – Z Kazikiem od Marty się zwąchała i Janka szału dostaje. Zamiast w chałupie wieczorami siedzieć, to pod płotem się spotykają i to na wprost księdzowych okien, gdzie Kazik wyciska ją jak cytrynę. Ech... szkoda gadać – podsumował skwaszony.

– Basia? Moja Basia? – Dziewczyna nie kryła zdziwienia.

– A jaka tam ona teraz twoja, ona już jego i to na różne sposoby – prychnął.

Zapach czerni - Prolog


 

Nie chciała jeszcze opuszczać nowego miejsca. Zbyt długo go szukała, wędrując przez przyległe do pola zagajniki, starając się wybrać najbardziej odosobnione, wygodne i jednocześnie oddalone od uczęszczanych ścieżek. Trawa wokół była tak delikatna i soczyście zielona a mech miękki i wonny, że zakochała się w tym zakątku od pierwszego wejrzenia.

„Babcia z pewnością poczułaby to samo” – pomyślała z uśmiechem. Spakowała do plecaka książkę, wodę i iPoda, a okulary włożyła do futerału i wcisnęła w boczną kieszeń. Gdyby słońce nie skryło się za chmurami i nie zerwał się nieprzyjemny wiatr, który utrudniał czytanie, mogłaby tak leżeć do wieczora. Narzuciwszy na siebie brzegi zielonego, kraciastego koca wyciągnęła się na plecach i zaczęła przyglądać sunącym po niebie chmurom. Te większe i ponure goniły białe, pierzaste i niewinne, by po chwili nie zostawić po nich ani śladu. W kształtach i formach, jakie przyjmowały, w tej zmienności i ulotności było coś niesamowitego.

Stan odprężenia i swego rodzaju euforii, jaką odczuwała, obcując z przyrodą, nieoczekiwanie zmąciło ledwo wyczuwalne drżenie pod jej ciałem. Uśmiechnęła się nieświadomie, sądząc, że to oznaka nadchodzącej burzy. Dopiero na dźwięk złamanej gałęzi i narastający głuchy tętent, z niepokojem naciągnęła bardziej koc, chcąc stać się jak najmniej widoczną. Niespodziewany pęd powietrza rozpłaszczył ją i zablokował oddech. Sparaliżowana strachem, który omal nie pozbawił ją zmysłów, poczęła odmawiać w duchu Zdrowaśkę.

Muskularna pierś o czarnym, lśniącym umaszczeniu wynurzyła się z gęstwiny i rosła w jej oczach. Zwierzę z podkulonymi nogami przeleciało nad jej głową, niczym potężny pocisk, obsypując przy okazji grudkami ziemi i igliwiem. Nim otrzepała się i zebrała na odwagę, by podnieść się i za nim spojrzeć, ujrzała tylko naprężony kształtny zad, znikający w kolejnej gęstwinie, kawałek długiego ogona i fragment czarnej sukni…

Zapach czerni - Opis






Czerń ma wiele odcieni, tak jak dusza ludzka ma różne oblicza. Złudna i nieprzenikniona.
Trudno odgadnąć, kogo okrywa i kto z niej patrzy...

Alina, dziewczę o wyjątkowo wrażliwej duszy, po trzyletniej przerwie przyjeżdża na wakacje do babci.
Zmiany, jakie początkowo zauważa, nie budzą w niej podejrzeń.
Z czasem jednak zaczyna dostrzegać, że to już nie ta sama wieś i nie ci sami ludzie.
Makabryczne wydarzenia piętrzą się, ujawniając od dawna skrywane tajemnice.
Przerażona i bezsilna postanawia opuścić wieś, lecz okazuje się, że na bezpieczny powrót do domu jest już za późno.


Zamieszczona okładka jest mojego pomysłu i nie narusza praw autorskich.